Od ponad dwóch tygodni na warszawskiej giełdzie panuje typowy przedświąteczny marazm, przerwany zaledwie na dwa dni zmasowaną podażą, zaraz po ogłoszeniu wyników szczytu w Kopenhadze. Sporo akcji wysypano wtedy na rynek - ten jednak szybko ochłonął i ponownie rozpoczął powolną wspinaczkę, której celem jest... koniec roku. W warunkach niskiej płynności nawet umiarkowanie duży popyt - jak w piątek na akcjach TP SA - może znacząco zmienić nastrój na rynku. Jednak wartość prognostyczna takich sesji, jak ostatnie trzy jest raczej nikła; na określenie, kierunku trendu trzeba będzie poczekać do stycznia.
Tym, co niepokoi już teraz, jest słabość giełd Eurolandu. W dużym stopniu jest ona odzwierciedleniem słabości strukturalnej gospodarki, najbardziej chyba widocznej w przypadku Niemiec. W tym kontekście należy uznać, że zbliżająca się integracja w ramach struktur Unii Europejskiej może ułatwić przenoszenie się impulsów stagnacyjnych do kraju - zarówno już teraz, jak i w przyszłości, gdy będziemy również członkami strefy euro.
Tego jednak nie życzyłbym Państwu w roku 2003 - i na razie wiele wskazuje, że w kolejnych miesiącach będziemy mieć do czynienia z odbudową koniunktury gospodarczej. Jeżeli jeszcze przełoży się to na wyniki finansowe większości spółek giełdowych, a nie tylko 10-15, jak obecnie, to o poziom indeksów na koniec przyszłego roku nie trzeba się będzie martwić. Przynajmniej w I kwartale spodziewałbym się jednak na GPW dużych wahań cen, wywołanych czynnikami zewnętrznymi - oczekiwaniem wojny w Iraku i brakiem ożywienia w Europie Zachodniej.
Zwróć uwagę:
Prokom - najsilniejszy ostatnio przedstawiciel branży informatycznej, można liczyć na kilka poważnych kontraktów