Dokonała się płytka i niespodziewana rekonstrukcja rządu. Najwięcej znaków zapytania powstaje tam, gdzie jest największe zapotrzebowanie na stabilność i przewidywalność, czyli w gospodarce. Rozpoczęła się publiczna zgaduj-zgadula, co mianowicie znaczą dokonane roszady kadrowe dla prywatyzacji, zarządzania majątkiem Skarbu Państwa oraz dla strategicznych sektorów gospodarki. Sama potrzeba rekonstrukcji była dość oczywista, jako rutynowa odpowiedź na spadek zaufania do rządu. Zaskakująca jest jednak treść dokonanego manewru kadrowego i nic dziwnego, że premier ma kłopoty z jego sensownym uzasadnieniem. W powszechnej opinii, najsłabszym ogniwem administracji gospodarczej jest resort infrastruktury. Tyle że minister chroniony jest parasolem umowy koalicyjnej. Tak więc znika ze składu Rady Ministrów dwóch ludzi postrzeganych jako liberałowie w szeregach SLD, co w tłumaczeniu na język polski oznacza niezłe wyczucie gospodarki rynkowej - zrozumienie potrzeb inwestorów i prywatnej przedsiębiorczości.
Minister Piechota miał pecha, zaczynając od upadku Stoczni Szczecińskiej, a kończąc na sporach z górnikami. Pierwsza reakcja była spóźniona i przez to kosztowniejsza dla załogi oraz finansów państwa, uderzając rykoszetem w Grupę Gdańsk-Gdynia i kondycję całej branży stoczniowej. Brak refleksu zaważył także na przyszłych losach restrukturyzacji górnictwa, gdyż minister zbyt późno reagował na utratę mocy przez poprzedni pakiet rządowy, a ostatecznie "wymiękł" w obliczu straszaka strajkowego. Niefortunny koniec, pechowy początek, ale w międzyczasie sporo dobrej woli, by ułatwić życie drobnej przedsiębiorczości. Powstaje teraz resort--moloch, łączący politykę gospodarczą z osłonami społecznymi, idący śladem eksperymentu kanclerza Schroedera (pokłosie kolacji w Warszawie?). Tu skumulują się kłopoty gospodarcze i napięcia społeczne. Minister Hausner, wyróżniająca się postać gabinetu Millera, spróbuje zapanować nad rozdętą biurokracją i bezlikiem problemów. Jest to postać, która obiecuje przynajmniej merytoryczny dobór współpracowników. Zagadką jest natomiast roszada w resorcie Skarbu Państwa. Odchodzi minister wyróżniający się dobrą znajomością warsztatu i paraliżującą świadomością ryzyka prywatyzacji. Potwierdziło się to, przy okazji awantury o Stoen. Przychodzi, zdaje się, osoba mniej samodzielna, bardziej spolegliwa wobec premiera. Może to dotyczyć kierunków prywatyzacji energetyki i sektora naftowego, a może koncentrować się na spółkach Skarbu Państwa. Czy będzie to impuls dla prywatyzacji, w co wątpię, czy nowa faza kapitalizmu państwowego, pokażą najbliższe miesiące.
Generalnie, gdzie indziej tkwią słabości rządu i te wady nie zostały usunięte w ramach dokonanej rekonstrukcji. Można sobie wyobrazić nowy styl w prywatyzacji i polityce gospodarczej z udziałem Piechoty i Kaczmarka. Decyduje wola polityczna całej ekipy, a nie poszczególni ludzie.