Nie czekając na ostatni tydzień tego miesiąca można śmiało wprowadzić do obiegu nowy giełdowy termin - afekt stycznia. Idąc śladem encyklopedycznej definicji, spieszę wyjaśnić, iż jest to "stan uczuciowy o dużej intensywności, zwykle krótkotrwałej, któremu towarzyszy osłabienie kontroli rozumu nad zachowaniem". Wprawdzie podobne objawy towarzyszą giełdowym inwestorom znacznie częściej, ale ich zintensyfikowanie szczególnie wyraźnie widać zawsze na samym początku roku.
Tym razem odstępstwa od reguły nie było i pierwsze dwa tygodnie stycznia to ponad 90 pkt. wzrostu. Wynik taki wygląda mizernie nie tylko ze względu na niedawne ogromne bycze nadzieje, ale też wypada dość blado w porównaniu z zeszłorocznym trzystupunktowym "osłabieniem kontroli rozumu". Widać nauczka sprzed roku nie poszła na marne i rzeczywista wartość spółek olśniła fundusze jeszcze w tym samym miesiącu. Niedźwiedzie ze spadkami nie czekały do czerwca, a do powrotu do sylwestrowego zamknięcia piątkowa sesja dorzuciła jeszcze premię 30 pkt.
Doszliśmy tym samym do obszaru 1135-1150 pkt. który cały czas uznaję za ostatnią nadzieję byków, by uniknąć w najbliższych tygodniach testu linii trendu rysowanej po październikowych dołkach (dla indeksu 1060 pkt.). Wizyta na tym poziomie, podobnie, jak test amerykańskich dołków, z "błahego" powodu przewartościowania akcji wydaje się na ten rok nieunikniona. Pozostaje jednak pytanie, czy przy dojściu do średnioterminowych wsparć wyprzedanie rynku nie weźmie góry nad długoterminowymi pesymistycznymi prognozami? W tej kwestii zadecyduje amerykański rynek, walczący obecnie z analogicznymi wsparciami. Ja ze względu na techniczne wyprzedanie szukałbym teraz jakiegoś odbicia, choć to akurat wybór najbardziej ryzykownej strategii.