Piękna mazowiecka wieś. Żniwa A.D. 2000. Jedno z licznych i hołubionych w naszym kraju "gospodarstw rodzinnych". Na polu pięciu chłopa i jeden kombajn oddzielający ziarno od plew ciężkiej pracy polskiego rolnika. Ponieważ żar leje się z nieba, co pewien czas trzeba odpocząć (mówię o kombajniście, bo pozostałych czterech obserwuje pracę maszyny, głośno komentując pod jabłonką politykę rolną państwa).
Kombajn zajeżdża pod drzewko. Strudzony rolnik dołącza do pozostałych. Po chwili jeden z przedstawicieli klasy pracującej zjawia się przy bramie domu, w którym akurat spędzałem ten miły letni dzionek. - Sąsiedzie! Poratujcie - pożyczcie pół litra. Taki upał, nie chce się do sklepu ganiać - zagaja człowiek, który żadnej pracy się nie boi. Wtedy, w swej ciemnocie, nie wiedziałem jeszcze, że panom po prostu zabrakło biokomponetów do paliwa i musieli przerwać pracę. Z tego powodu całe zdarzenie zinterpretowałem sobie w sposób bardzo niewłaściwy.
Dlaczego przypominam to odległe w czasie wydarzenie? Otóż od pewnego czasu mam nieodparte wrażenie, że w naszym kraju zdecydowaną większość obywateli stanowią rolnicy. Podczas naszych niedawnych negocjacji z Unią Europejską nie słyszało się praktycznie o niczym innym, poza kwestią dopłat dla rolników (no, może pod koniec pojawiło się miłe dla ucha sformułowanie "kwota mleczna"). W naszych rodzimych kołach politycznych tematem dzielącym koalicję rządową staje się ostatnio ustawa o biopaliwach, która ma ożywić polskie rolnictwo. Wraz z nadejściem cieplejszych czasów powróci z pewnością temat minimalnych cen skupu. Nawet górnicy i hutnicy, grupy społeczne, które w przeszłości również należały do proletariatu, uwagę mediów i polityków przyciągają rzadziej, choć problemów w obu branżach nie brakuje.
Rozumiem, że przed referendum unijnym do zjednoczenia z UE próbuje się przekonać grupę, która potencjalnie może stwarzać największe problemy. Wydaje mi się jednak, że na wzrost PKB w naszym kraju rolnictwo nie ma największego wpływu. Sektor ten nie jest też raczej filarem utrzymującym przy życiu nasz system emerytalny lub służbę zdrowia. Może więc warto byłoby o tym czasami pomyśleć.
PS