Estonia jest małym państwem, które robi dużą furorę. Gospodarka tego kraju pozbawiona surowców i położona daleko od głównych szlaków transportowych okazuje się jedną z najbardziej prężnych i najbardziej liberalnych w Europie.
Obliczany co roku przez Heritage Foundation Indeks Wolności Gospodarczej w ostatniej edycji uplasował nasz kraj na 66. miejscu (ostatnim spośród dziesięciu kandydatów do UE), podczas gdy Estonia wywindowała się na miejsce... szóste! Abyśmy się dobrze zrozumieli: Estonia jest szóstym wśród najbardziej otwartych i wolnych pod względem gospodarczym krajów świata.
Estonia jest wolnym krajem, ale czy jest bogatym? Przeciętny Polak wytworzył w zeszłym roku ok. 17% mniej dochodu niż przeciętny Estończyk. Od 1997 r. polski PKB na mieszkańca (w euro wg parytetu siły nabywczej) wzrósł o 26,5% w porównaniu z 31,8% w Estonii. W tym samym czasie przeciętna pensja (liczona w euro) wzrosła o 96% w Polsce, ale tylko o 44% w Estonii. Prosty wniosek mówi, że nasi północno--wschodni przyjaciele ze znacznie większego wypracowanego dochodu mniejszą część przeznaczyli na konsumpcję.
Fakty te zdumiały mnie na tyle, że zagłębiłem się w szukanie przynajmniej częściowych wyjaśnień sukcesu "małego kraju, który potrafi".
Na początek natknąłem się na zaskakująco proste stwierdzenie byłego premiera Estonii Marta Laara: - W niektórych krajach postkomunistycznych w okresie transformacji niewystarczająco doceniano istotę praworządności, co okazało się dużym błędem. Żadna miara ogólnego zrozumienia, najlepszych chęci, czy pobożnych życzeń nie może zastąpić solidnej i ciągle usprawnianej infrastruktury prawnej. Gospodarka rynkowa i demokracja nie mogą istnieć bez kodeksów, jasno określonych praw własności, i funkcjonującego systemu sądowego. Przez prostotę i dobitność tego stwierdzenia przebija stanowczość działań autora. Mam wrażenie, że to nie było tylko gołosłowie, ale że za słowami poszły czyny.