Umieszczenie przedstawicielstw w Paryżu, Nowym Jorku i Tel Awiwie jest ściśle związane z historią banku, który w założeniach miał być instytucją dla polskiej emigracji. Starano się, by był on obecny w jej dużych skupiskach. - Była to emigracja w większości zarobkowa, a Pekao miało ułatwiać przesyłanie pieniędzy do Polski. Dziś rozwój technologii międzybankowych jest tak duży, że utrzymywanie placówki w Nowym Jorku przestało być opłacalne. Nie możemy liczyć na to, że Polak zarabiający w Stanach i posiadający tam konto w amerykańskim banku, będzie odwiedzał nasz jedyny oddział w tym kraju, aby przesłać pieniądze rodzinie - wyjaśnia Sebastian Łuczak, rzecznik Pekao. - Przez ostatnie lata próbowaliśmy znaleźć sposób, aby zagraniczne oddziały zarabiały na siebie, np. przez obsługę firm prowadzących handel z Polską. Jednak i ten pomysł się nie sprawdził - dodaje.
Teraz mniej strat
Zapytany o oszczędności banku po pozbyciu się zagranicznych placówek przedstawiciel Pekao twierdzi, że jest jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić. - Nie podsumowaliśmy transakcji w Nowym Jorku od strony finansowej. W Tel Awiwie natomiast jesteśmy dopiero na początku rozmów w sprawie sprzedaży. Trudno powiedzieć, jaką cenę uda nam się wynegocjować. Pewne natomiast jest to, że Pekao nie będzie już obciążane stratami, jakie przynosiły te placówki. A to oznacza oszczędności dla banku - uważa S. Łuczak.
Pekao nie zamierza zamykać pozostałych trzech placówek za granicą, ani nie planuje otwierania nowych przedstawicielstw zagranicznych. - Polska jest w tej chwili najlepszym rynkiem w Europie Środkowowschodniej dla prowadzenia działalności bankowej - argumentuje.
Suma bilansowa Pekao Tel-Aviv wynosiła 249,5 mln zł, a oddziału Pekao SA w Nowym Jorku 727,6 mln zł. Razem obie placówki stanowiły 1,5% skonsolidowanej sumy bilansowej Pekao.