Okazuje się, że w ostatnim okresie najlepszym sposobem zrobienia zamieszania jest publiczne odtworzenie nagranych rozmów. Po polskich sensacjach korupcyjnych przyszedł czas na amerykańskie - wojenne. Oprócz dalszego rozchwiania rynków nic to nie zmieniło. Wciąż wisząca nad rynkiem niepewność sprawia, że ostatnie wahania indeksów niemal każdego dnia odbywają się w przeciwnym kierunku. Co gorsze, wszystko na podstawie ciągle tych samych znanych już wiadomości. Inwestycje na takim rynku coraz bardziej przypominają obstawianie kolorów w ruletce, a wahania cen złota przekraczające w ciągu doby nawet 20$ są tego najlepszym przykładem. Zmieniłoby to szybkie rozwiązanie problemu Iraku, ale już prędzej spodziewałbym się ruletkowego "zera".
A skoro wydaje się, że sytuacja na giełdzie "wymknęła się spod kontroli i podlega już tylko emocjom", to powrócę po raz ostatni do koncepcji rozszerzającego się trójkąta. Jeśli mielibyśmy zachować się analogicznie do grudniowego szczytu, to wczorajszy spadek (70% zasięgu podwójnego szczytu) ustanowił nie tylko nowe minimum kontraktów, ale według tej analogii, także ostatnie w tej fali spadkowej. Po wczorajszym dobiciu rynku, w bólach rodzić powinno się odreagowanie ostatnich spadków.
Pozostaje jednak pytanie, czy jest jakikolwiek sens w określaniu ewentualnego końca tych spadków? Jak na razie siła trendu jest zabójcza, a jego kierunek bez wątpienia uzasadniony (wycena i perspektywy spółek). Przy takich zawirowaniach na światowych giełdach chyba najlepiej, mimo wszystko, przy podejmowaniu decyzji kierować się analizą techniczną. Jeśli wczorajsze minima nie dadzą dłuższej przerwy w zniżkach, to spotykamy się z bykami dopiero przy obronie dołków bessy. Dla niedźwiedzi ostrzeżeniem będzie dopiero wyjście nad średnią kroczącą.