Optymistyczno-pesymistyczny felieton Krzysztofa Błędowskiego w weekendowym PARKIECIE skłonił mnie ponownie do przemyśleń, zwłaszcza że od jakiegoś czasu usiłuję zdobyć wiarygodne i pełne dane o strukturze finansowania firm w Polsce. Wykorzystanie rynku kapitałowego w finansowaniu przedsiębiorstw jest niemal żadne. Wyłączając kilka spektakularnych ofert wielkich spółek, okaże się, że na przestrzeni kilku ostatnich lat trudno mówić o jakimkolwiek strumieniu gotówki, który zasiliłby projekty biznesowe (a więc i gospodarkę). Problem chyba nie tyle w samym braku kasy. Wszak fundusze rozmaitych szyldów mobilizują już całkiem sporo pieniędzy - jak na skalę rynku, oczywiście! Problemem zasadniczym wydaje się dramatyczny brak podaży projektów do sfinansowania. Projektów sensownych, a nie lekkomyślnie tolerowanych przekrętów w stylu 4Media czy inwestycyjnej "chały", której zdecydowanie za dużo na warszawskim parkiecie.
No więc mamy kłopot z podażą. Czytaj: z zachęcaniem sensownych firm do wykorzystywania giełdy jako platformy kontaktu z nowymi inwestorami.
Co więc można robić:
- Jeździć, jeździć, jeździć... Wiem, wiem - z road-showami jeździła zarówno giełda, jak i CeTO. I wiem (z własnych spotkań z potencjalnymi emitentami), że to czasem bardzo niewdzięczne zajęcie. Jak orka na ugorze. Niemniej jeździć i spotykać się trzeba. Po to, by pokazywać właścicielom i menedżerom prostą drogę na rynek publiczny. PROSTĄ! Po PIENIĄDZE! Bo tezy o prestiżu trochę ostatnio przybladły wobec kompromitowania giełdy przez kilka utrzymywanych na niej sztucznie spółek-zombie.
- Uprościć giełdowe procedury, tak by debiut na rynku publicznym nie przypominał kaskaderskiego wyczynu i nie wymagał zaangażowania dodatkowego sztabu ludzi.