Ubiegłotygodniowe uderzenie wojsk amerykańsko-angielskich na Irak, dawno oczekiwane przez rynek, jako że miało "usunąć czynnik niepewności" (cokolwiek miałoby to znaczyć - moim zdaniem wojna raczej taką niepewność potęguje), nie wpłynęło w większym stopniu na ceny akcji. Jedyne, co można zauważyć, to znaczący wzrost zmienności - rzadko po trzyprocentowym wzroście indeksu DJIA mamy czteroprocentowe spadki... Swoja drogą, karmieni urzędową propagandą (której oddźwięk widać w sondażach nt. "akceptowalnej" liczby ofiar) inwestorzy amerykańscy kupując akcje w piątek liczyli chyba na jakiś cud. Cudu jednak nie było i chyba nie będzie: a niepewność będzie się utrzymywać dalej, i to jeszcze co najmniej kilka miesięcy.
Z drugiej strony - porównując z sytuacją sprzed kilku lat - to co dzieje się na rynkach zagranicznych ma raczej umiarkowane znaczenie dla koniunktury na naszej giełdzie. Jej ruchy stają się coraz bardziej "wytłumione" - a jako rynek o małej zmienności tracimy wszelkie przymioty emerging markets
Ale wracając do samych cen akcji: anonsowane ponad dwa tygodnie temu lokalne minimum polskiego rynku zdecydowanie się wybroniło; był to już siódmy kolejny dołek zlokalizowany niemal dokładnie tam, gdzie zgodnie z 5-tygodniowym cyklem powinien się znajdować (kolejny przypada w okolicach 10-15 kwietnia). Swoim piątkowym zachowaniem indeks WIG20 przebił spadkową linię krótkoterminowego trendu i - pod warunkiem przekroczenia w końcu oporu na 1130 pkt - otworzył sobie drogę w kierunku 1180 pkt.
Warto w tym momencie zwrócić uwagę na analogię obecnej sytuacji z okresem kwiecień-maj 2002. Z przewlekłej korekty rynek wybił się w górę dopiero po przekroczeniu linii trendu - o geometrii podobnej do tej naruszonej w piątek.
Zwróć uwagę: