W październiku 2002 roku Narodowy Bank Polski (NBP) oraz Ministerstwo Finansów wspólnie ustalili, że Polska powinna dążyć do jak najszybszego przyjęcia euro, czyli w 2006-2007 roku. W ostatnich kilku tygodniach ta wspólna strategia wydaje się być kwestionowana, szczególnie przez ministra gospodarki i pracy Jerzego Hausnera, jednego z głównych architektów polityki gospodarczej w Polsce. Sam minister finansów Grzegorz Kołodko powiedział tez niedawno w Budapeszcie, że nie stałoby się "nic strasznego", gdyby Polska przyjęła euro w późniejszym terminie.
REAKCJA RYNKÓW NA ODSUNIĘCIE WEJŚCIA DO EURO PRAWDOPODOBNIE NIEWIELKA
Reakcja rynków finansowych na ogłoszenie zmiany priorytetu w polityce gospodarczej, czyli odsunięciu terminu przyjęcia przez Polskę europejskiej waluty, może być niewielka, jeśli zostanie umotywowana wiarygodnie. Załamania tez nie będzie ze względu na i tak już postrzegane niskie szanse na szybki wejście do strefy euro.
Gdy Polska będzie starać się o wejście do strefy euro, będzie już członkiem Unii Europejskiej (UE), a więc zmieni się wówczas postrzeganie jej ryzyka inwestycyjnego, uważa też Piotr Bielski z Banku Zachodniego WBK. Podkreślił jednocześnie, że członkowie UE "wcale nas w tej strefie euro nie chcą, bronią się przed tym rękami i nogami".
"W rok 2007 rynek i tak nie bardzo wierzy. Gdyby więc przykładowo termin został przesunięty na rok 2009, ale towarzyszyłoby tej decyzji zapewnienie, że to jest cel, do którego zmierzamy, a chcemy ten czas wykorzystać na poważną restrukturyzacje gospodarki, głównie strony wydatkowej budżetu i uporządkowaniu finansów publicznych, to dekonwergencja nie byłaby głęboka - nie byłoby drastycznego odwrotu inwestorów" - powiedział Jankowiak.