Kiedy koncern 3M kupował wrocławski Viscoplast, wrażenie zrobiło na mnie między innymi to, że amerykańska firma od kilkudziesięciu lat wypłaca swoim akcjonariuszom dywidendę. Systematycznie. Co kwartał. Oczywiście, nasz rynek liczy sobie lat kilkanaście, więc o takich tradycjach nie ma mowy. No, ale trzeba kiedyś zacząć. Pora zacząć teraz - w sezonie walnych zgromadzeń.
Stopy procentowe spadły. Oprocentowanie depozytów bankowych także. Akcje stają się dla nich jakąś alternatywą. A przez to mogą być interesujące nawet dla tych osób, które do tej pory niewiele miały wspólnego z giełdą. Są tylko dwa warunki. Po pierwsze, trzeba wyeliminować zbędne ryzyko. Pora skończyć z bezkarnym oszukiwaniem inwestorów, ewidentnymi, chamskimi przekrętami, jak w przypadku - dajmy na to - 4Media. Innymi słowy, ryzyko gospodarcze - oczywiście tak, w jakimś stopniu obecne jest przecież nawet przy bardzo bezpiecznych lokatach; ryzyko bezczelnych oszustw - nie, a już na pewno nie w takim stopniu, w jakim jest aktualnie obecne na naszym parkiecie.
Po drugie, trzeba zwiększyć szanse na zyski z lokaty w akcje. Łatwo powiedzieć, wiem. Mam jednak wrażenie, że i w tym przypadku margines niepewności można ograniczyć. Kluczowa sprawa to zyski spółek. To najlepsza gwarancja, że i z kursem nie będzie się działo źle. Poza tym są one - a w naszym przypadku raczej powinny być - bezpośrednim źródłem pieniędzy dla akcjonariuszy. Dywidenda - to jest to. Spółka, która zarabia i daje zarobić innym - właścicielom - to chyba optymalny model rynkowy?
W Stanach Zjednoczonych jednym z elementów reformy podatkowej ma być - poprzez cięcie stawek lub wprowadzenie ulg - obniżenie opodatkowania dywidendy. Nie powiódł się plan Busha, by znieść opodatkowanie w ogóle. Ale i tak ulgi będą kosztowały budżet około 80 mld dolarów. To pokazuje, jaki strumień pieniądza płynie do amerykańskich inwestorów z tytułu dywidendy. A u nas, co?
Pytanie tylko, co zrobić, aby nasze spółki zaczęły zarabiać. Otóż, mam wrażenie, u nas nie ma w tę stronę parcia. Kiedy spółki mają nóż na gardle, potrafią szukać oszczędności, które wcześniej nie mieściłyby się im w głowie. Sprzedają zbędne aktywa, ograniczają koszty produkcji, dbają o strukturę zobowiązań. Wszystko po to, aby nie upaść. Takie ekstremalne przypadki pokazują jednak, jak szerokie jest pole do maksymalizowania zysków w innych, mających się - na razie - lepiej firmach. A gdyby tak przyłożyć spółkom nóż do gardła? Gdyby postawić im ultimatum: nie ma zysków - nie ma pracy dla menedżerów, trzeba znaleźć lepszych. Jasne, proste reguły.