Elektroniczne rynki giełdowe (electronic communication networks - ECN) są coraz większą konkurencją dla Nasdaqu. Od czasu pęknięcia technologicznej bańki na tym rynku, Nasdaq nie może sobie poradzić zarówno ze spadającymi przychodami i zyskami, jak i ze zmniejszającym się wolumenem obrotów.
Nasdaq jest atakowany z dwóch stron. Z jednej strony walczy o nowe spółki z największym rynkiem giełdowym w USA - New York Stock Exchange. Przy małej liczbie spółek pragnących dostać się na giełdę konkurencja jest bardzo zacięta. Z drugiej strony elektroniczne giełdy, takie jak Instinet czy Archipelago skutecznie zmniejszają obroty Nasdaqu. Pozbawia to rynek przychodów z opłat od przeprowadzonych operacji. Wielu inwestorów posiadających dostęp do internetu potrafi doskonale obyć się bez tej giełdy.
Dzisiejszy przeciętny wolumen obrotów na Nasdaqu niewiele przekracza 70% wartości obrotów ze szczytowego okresu sprzed trzech lat. Nowy dyrektor generalny Nasdaqu Robert Greifeld chce szybkiego powrotu do poziomu 90%, ale wielu analityków uważa to za nierealne. ECN-y dysponują bowiem podobną technologią i obecnie kontrolują około 45% obrotów akcjami notowanymi na Nasdaqu, który systematycznie traci rynek na rzecz elektronicznych konkurentów. Nie pomogło nawet uruchomienie przez Nasdaq w listopadzie ub.r. nowej platformy SuperMontage - giełda nie odnotowała znaczącego wzrostu obrotów. Dyrektor Greifeld postawił więc sobie za zadanie dwie rzeczy: Nasdaq musi pozostać najważniejszym rynkiem w sektorze technologii oraz skuteczne konkurować z rynkami ECN.
Bilans ostatnich trzech lat jest fatalny. Od czasu, gdy w marcu 2000 roku główny indeks Nasdaqu osiągnął wartość 5048,62 pkt., wartość kapitałowa spółek notowanych na tej giełdzie zmniejszyła się z 6,71 bln USD do niecałych 2 bln USD obecnie. Wskutek kłopotów finansowych Nasdaq musiał także odłożyć w czasie swoje własne wejście na giełdę.