Za jedno euro trzeba było wczoraj w południe płacić 1,1923 USD. Amerykańska waluta była więc najsłabsza od wprowadzenia euro w styczniu 1999 r., a jej kurs wobec euro spada nieprzerwanie już od siedmiu tygodni. Wczoraj po południu dolar jednak zaczął się umacniać po publikacji optymistycznego wskaźnika zaufania konsumentów w USA.
- Europa od lat walczy z inflacją, która wciąż przewyższa docelowy poziom 2% wyznaczony przez Europejski Bank Centralny. Silny kurs euro na pewno obniży stopę inflacji - powiedział Greg Anderson, starszy strateg walutowy z oddziału ABN Amro w Chicago. Niewątpliwie skłoniło go do takiej opinii oświadczenie wiceprezesa Europejskiego Banku Centralnego Lucasa Papademosa, wygłoszone na spotkaniu w Międzynarodowym Klubie Dziennikarzy Ekonomicznych we Frankfurcie. - Spodziewamy się, że inflacja spadnie poniżej 2% w przyszłym roku i ustabilizuje się na niskim poziomie - powiedział Papademos. Dodał też, że obecny kurs euro odpowiada "historycznej średniej z ostatnich 15 lat". Natomiast prezes niemieckiego banku centralnego Ernst Welteke uważa, że poziom 1,18 USD za euro jest "neutralny" dla konkurencyjności eksportu ze strefy euro, ale przyznał, że eksport w obecnych warunkach jest wyjątkowo trudny.
Tego rodzaju wypowiedzi zmniejszają prawdopodobieństwo podjęcia przez EBC jakichkolwiek kroków, które zmierzałyby do osłabienia euro. Członków rady tego banku może zaniepokoić dopiero przekroczenie przez dolara poziomu 1,20 za euro. Bo gdy do neutralnej polityki EBC dojdą obawy związane ze stanem rachunku obrotów bieżących USA i ich rosnącym deficytem budżetowym, to pod koniec roku euro może kosztować nawet 1,30 USD, a to byłoby już bardzo groźne dla eksportu z tej strefy. Zwłaszcza że - jak przyznał Papademos: Siła euro wcale nie odzwierciedla lepszych fundamentów gospodarczych tego regionu.