Przez ostatnie dwa tygodnie nasza giełda sprawia wrażenie, jakby się zaklinowała i nie mogła się wydostać z obszaru 1160-1180 punktów. Każda próba przełamania dolnej lub górnej granicy tego przedziału kończyła się niepowodzeniem aż do sesji piątkowej, na której nastąpił atak byków. Ci, którzy kupowali do tej pory, w końcu mogą zebrać plony swojej ciężkiej pracy. Nagroda powinna być sowita.
W dalszym ciągu w niewielkim stopniu nasza giełda reaguje na zachowanie światowych rynków akcji, które "urwały się z łańcucha" i rosną, mimo że analitycy spodziewali się wielkich spadków, szczególnie na giełdzie amerykańskiej. Powstał problem: mamy do czynienia ze wzrostami, których teoretycznie nie powinno być. Dlatego wydaje mi się, że wcześniej czy później nie wytrzymamy ogólnoświatowej presji wzrostowej i dołączymy do giełd, które ustanawiają swoje okresowe maksima.
Na naszym rynku coraz bardziej widoczna jest siła dużych spółek, wzrosty notują PKN, BZ WBK i Pekao. Szczególnie duże wzrosty dwóch ostatnich spółek mogą być zwiastunem poprawy wyceny sektora bankowego, co w konsekwencji powinno również zaważyć na polepszeniu koniunktury na całym rynku. Na razie takiego scenariusza nie potwierdzają kontrakty na indeks WIG20, a ujemna baza świadczy o niepewności co do dalszego ruchu cen. Na razie przewagę mają pesymiści. Niemal pewność, że po referendum nie powtórzy się scenariusz węgierski, a "TAK" dla Unii jest już w cenach akcji, daje szansę na spore jeszcze wzrosty, które podzieliłbym na dwie fazy:
Pierwsza część powinna odbyć się tuż przed referendum (prawdopodobnie już się zaczęła), wówczas przeświadczenie, że "TAK" jest już zdyskontowane będzie jeszcze większe niż obecnie. Drugiej fali wzrostów należałoby się spodziewać pomiędzy 12 a 20 czerwca, co w czasie zgrałoby się z wygaśnięciem kontraktów czerwcowych na WIG20. Jeżeli moje dywagacje są słuszne, to główne indeksy powinny zanotować minimum 15-procentowy wzrost.