Reklama

Pod rządami tych samych praw

Z prof. Janem Monkiewiczem, przewodniczącym Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych rozmawia Tomasz Brzeziński

Publikacja: 31.05.2003 11:29

W przyszłym roku Polska wejdzie zapewne do Unii Europejskiej. Czy Pańskim zdaniem krajowy sektor ubezpieczeń jest w stanie sprostać konkurencji po otwarciu naszego rynku?

Jeśli chodzi o przyszłą akcesję, to w odniesieniu do każdego z sektorów można mówić o dwóch płaszczyznach dostosowania: formalnej i materialnej. W przypadku pierwszej z nich możemy powiedzieć, że ostatnia nowelizacja prawa ubezpieczeniowego, jaką jest rządowy pakiet ustaw, w dziewięćdziesięciu kilku procentach wyczerpuje proces dostosowania.

W przypadku płaszczyzny materialnej, to z całym szacunkiem, ale wydaje mi się, że pytanie jest źle postawione. Przecież, mimo że mówimy o podmiotach krajowych, to w zdecydowanej większości przypadków ich właściciele są za granicą. Kwestia nie dotyczy tego, czy np. Allianz Polska będzie w stanie konkurować z niemieckim Allianz AG, ale tego, czy poza obecnymi już operatorami ktoś może przyjść na polski rynek, a także jaką decyzję podejmą operatorzy już tu obecni w odniesieniu do wewnętrznego podziału pracy. Czy uczynią Polskę platformą technologiczną do działań tylko w naszym kraju, jak jest obecnie, czy też będzie nią także działalność za granicą.

Nie tak dawno spotkał się Pan z przewodniczącymi rad nadzorczych większości działających w Polsce zakładów ubezpieczeń, czy zadał im Pan to pytanie?

Spotkanie służyło innym celom. Wydaje się także, że oni nie są jeszcze na takie pytanie przygotowani. Nie jest to sytuacja, w której można mieć gotowe odpowiedzi. Zależą one przecież od planów tych korporacji poza Polską, a te w najbliższym czasie będą musiały być poddane pewnej ewaluacji. Krótko mówiąc, nie boję się, że zakłady, które są częścią grup międzynarodowych nie wytrzymają konkurencji z tymi grupami. Ich losy będą związane z losami tych grup oraz z decyzjami kapitałowymi dotyczącymi ich kształtu. Jeżeli jakaś grupa, np. Zurich Financial Services, podejmie z różnych powodów decyzję, że chce wyjść z Europy Centralnej, to sprzeda innej korporacji swoją polską spółkę. W tym sensie wydaje mi się, że sytuacja będzie wynikała z decyzji podjętych poza Polską, w małym stopniu zależnych od sytuacji polskich spółek.

Reklama
Reklama

Czy forsując restrykcyjne zapisy dotyczące działania firm, stwarza Pan klimat dla inwestycji w Polsce?

Zapewniam Pana, że nie jest tak na świecie, że kapitały płyną tam, gdzie jest najsłabsza regulacja, ale odwrotnie. Inwestorzy lubią rynki dobrze uregulowane, a więc bezpieczne, zwłaszcza w krajach mniej im znanych, a my do nich właśnie należymy. Proszę spojrzeć na Stany Zjednoczone, gdzie pozycja konsumenta czy nadzoru ubezpieczeniowego jest obecnie najsilniejsza na świecie. A kapitały tam płyną, bo decyduje atrakcyjność rynku i pewność obrotu, bezpieczeństwo i porządek. Jeżeli wydaje się nam, że poprzez silny nadzór odstraszymy kogoś, to jest to zwykła nieprawda. Decyzje o lokowaniu inwestycji są znacznie bardziej kompleksowe. Moim zdaniem rygory, z grubsza rzecz biorąc, są na całym cywilizowanym świecie takie same. Jesteśmy w coraz większym stopniu pod rządami tych samych standardów: rachunkowości, kapitałowych czy dotyczących osób zarządzających. Oczywiście, możliwy jest trochę inny punkt widzenia tych problemów w różnych jurysdykcjach, ale możliwości swobodnej interpretacji są coraz mniejsze. Możemy jeździć prawą lub lewą stroną. Możemy mieć inne limity prędkości. Ale podstawowe zasady są takie same.

Chyba nie zaprzeczy Pan, że słyszał, iż niektórzy inwestorzy chcą się wycofać z polskiego rynku w związku z zaostrzeniem regulacji?

Kto tak mówi?

Firmy już tu obecne.

Nie znam inwestora, który chciałby się wycofać z tego powodu. Więcej powiem, w ostatnich 2 miesiącach zaopiniowaliśmy 3 nowe wnioski o udzielenie licencji ubezpieczeniowej. Wiem nadto o kolejnym, który jest w przygotowaniu.Czy nie obawia się Pan, że aby obejść restrykcyjne przepisy, część spółek zostanie przekształcona w oddziały główne. Przy okazji pracę może stracić wiele osób.

Reklama
Reklama

Niezależnie od tego, co zrobimy, taka polityka może być przez niektóre korporacje stosowana. Ale pragnę pana zapewnić, że regulacje dotyczące oddziałów są takie same jak dla spółek.

A nie będzie to przypadkiem efektem forsowanych przez nadzór rozwiązań. Po co wzbudzać u inwestorów nieufność, czy lęki o to, co może ich czekać w przyszłości.

Proszę przestać mówić o lękach inwestorów, bo ich nie ma. Mogę pana zapewnić, że regulacje, które są proponowane, inwestorzy znają doskonale z rynków, na których działają. Przecież wzmocnienie nadzoru ubezpieczeniowego w naszym kraju nastąpiło m.in. wskutek rekomendacji Komisji Europejskiej.

Może inwestorzy nie mają odwagi publicznie protestować, bo nadzór ma naprawdę wiele możliwości, aby uprzykrzyć im życie.

Pewnie tak jest, ale też i inwestorzy mają wiele możliwości oddziaływania na nadzór. Nie jesteśmy przecież Panem Bogiem. Ale moim zdaniem, taka sytuacja mniej zależy od regulacji - bardziej od polityki korporacyjnej. Dam panu przykład - Compensy. Spółka została kupiona przez konsorcjum Wiener Staedtische i HUK Coburg. Inwestorzy wyprowadzili ją z giełdy, mimo że wcześniej deklarowali, że tego nie zrobią. Dlaczego? Okazuje się, że głównym argumentem za takim posunięciem nie były niska kapitalizacja warszawskiego parkietu czy niskie obroty, ale fakt, iż żadna ze spółek zależnych tych firm nie jest notowana na rynku publicznym. Jeżeli więc dojdzie do sytuacji, że któryś z inwestorów podejmie decyzję, że wszystkie jego zagraniczne spółki mają być przekształcone w oddziały główne, to zrobi to niezależnie od tego, co będzie się działo na polskim rynku. Będzie to wymogiem uniformizacji korporacyjnej, a nie restrykcyjności prawa.

Po co wprowadzać przepisy dotyczące obowiązku znajomości języka polskiego przez przynajmniej dwóch członków zarządu, w tym prezesa zakładu ubezpieczeń?

Reklama
Reklama

To jest bardzo ważny wymóg kwalifikacyjny, mający wpływ na bezpieczeństwo ubezpieczonych. Ryzyko podjęcia złych decyzji przy braku znajomości języka jest po prostu większe. Ponadto takie przepisy od dawna istnieją w sektorze bankowym i nadzór bankowy uważa, że są one potrzebne. Z tego powodu żaden z banków nie wycofał się z inwestycji w naszym kraju.

Proszę wybaczyć, ale można być dobrym menedżerem i jednocześnie nie mieć zdolności językowych. Język polski do łatwych nie należy, a zgodnie z ustawą jego znajomość ma być potwierdzona egzaminem państwowym.

Ma pan rację. Ale w takim razie po co wymagać od aktuariusza zdawania bardzo trudnego egzaminu z matematyki finansowej. A przecież jest to wymóg kwalifikacyjny, jak każdy inny. Zarówno doświadczenia nasze, jak i nadzoru bankowego wskazują, że nieznajomość języka polskiego przez członków zarządu naraża instytucję finansową na dodatkowe ryzyko.

Jest Pan w stanie ocenić takie ryzyko?

Oczywiście, że nie, ale znane są przypadki, gdy prezes nie znając języka polskiego podpisał dokumenty, które naraziły jego spółkę na duże niebezpieczeństwo i straty.

Reklama
Reklama
Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama