Wczorajsze wahania kontraktów wynikały niemal wyłącznie z zachowania rynku amerykańskiego. Czwartkowe posesyjne prognozy Intela pozwoliły na dobre otwarcie indeksów w Eurolandzie, a to oczywiście podciągnęło także nasz rynek. Podaż niespecjalnie przeszkadzała, gdyż ktokolwiek miał sprzedać, licząc na jakąś niemiłą referendalną niespodziankę ("nie" ustanowiłoby nowy standard luki bessy), ten zrobił to już na poprzednich sesjach. Bezkarnie ruszyliśmy na indeksie na nowe szczyty, ale tylko po to, by przekonać się, że pesymizm na kontraktach może być wyrażany bazą nawet -15 pkt. Od razu krótka uwaga, gdyż większość inwestorów traktuje naszą bazę jako antywskaźnik. Tak było przez pierwsze lata notowań kontraktów. Od mniej więcej roku wskazania bazy są zdecydowanie bardziej trafne i same w sobie nie powinny być motywem do zawierania pozycji.
A skąd te narastające obawy kontraktów? Piątkowa sesja kończyła bowiem "okres bezkarności", o którym piszę od miesiąca. Zapoczątkowały go ostatnie wyniki spółek za pierwszy kwartał, a skończy trwające referendum. Indeks w tym okresie zyskał ponad 7%, a fundamenty spółek zeszły na plan dalszy. Moment, w którym opadnie unijny kurz i obnaży brak podstaw do wzrostów, może przynieść dość dynamiczną realizację zysków. Kiedy? Ostatnia siła byków pokazuje, że najpierw musi wystąpić u nas jakaś mała euforia przekonująca niewiernych do wzrostów (ruch do górnego ograniczenia kanału wzrostowego?), a nieustraszony S&P500 musi ponownie zatoczyć krąg historii, i po przełamaniu oporu na 965 pkt zrobić szczyt formacji głowy z ramionami (analogicznie do Nikkei w 1996 - tutaj w okolicach 1030 pkt). Bez spełnienia takiego scenariusza rynek nie daje żadnego wyboru, jak tylko gra na wzrosty. Nie chcem, ale muszem.