Mamy lato i ludzie zaczynają jeździć po całym świecie. A podróże, podobno, kształcą. W takim razie mam pytanie - gdzie jeżdżą nasi politycy?
Na pewno nie jeżdżą do Rosji ani na Ukrainę. Owszem, prawie każdy z naszych rządzących docenia rolę tych krajów w wymianie handlowej z Polską i tam upatruje wielkiej szansy rozwoju polskiego eksportu. Ale na słowach najwyraźniej się kończy. Bo gdyby któryś z nich wziął i pojechał tam, zauważyłby, że te kraje wprowadziły podatek liniowy, mimo że obywatele na nadmiar zamożności nie narzekają. I taki polityk nauczyłby się, że podatek liniowy nie szkodzi wcale najuboższym. A jeśli pomaga rozwijać firmy i tworzyć nowe miejsca pracy - a wygląda, że tak właśnie jest - to nawet im pomaga.
Nie jeżdżą też na Słowację. Tam, na przykład, mogliby się zapoznać ze sposobem, w jakim obecnie ten kraj zdobywa inwestycje zagraniczne. Dalej na południe, na przykład nad Balaton, także nasi drodzy politycy nie jeżdżą. W przeciwnym wypadku minister finansów, który zaproponowałby wprowadzenie podatku od zysków z giełdy, zostałby po prostu wyśmiany. W końcu o tym, ile fiskus na giełdzie może uzyskać, nasi węgierscy bratankowie przekonali się tak dobrze, że podatek od zysków z akcji zlikwidowali.
Nie sądzę, aby politycy bywali w Hiszpanii czy Irlandii. Po wizycie w tym pierwszym kraju mieliby bowiem pojęcie, jak uelastycznić rynek pracy, co zaskutkowało spadkiem bezrobocia. Z kolei w Irlandii jakiś starszy obywatel tego kraju mógłby im powiedzieć, jak wyglądała reforma finansów publicznych i czy obecnie jest z niej zadowolony.
Do Wielkiej Brytanii też chyba żaden polski polityk nie trafił. A szkoda - w końcu warto byłoby tam pojechać choćby tylko po to, aby zorientować się, że wszechwładza związków zawodowych dobrze gospodarce nie robi i zredukowanie ich roli ma wpływ na tempo wzrostu gospodarczego.