Od dwóch tygodni WIG20 zmaga się z oporem na poziomie 1260 punktów, co - biorąc pod uwagę dotychczasowy wzrost o 20% w ciągu dwóch miesięcy - już samo w sobie powinno dawać inwestorom do myślenia. Nie da się ukryć, że większość wskaźników analizy technicznej daje negatywny obraz rynku: zarówno oscylatory nie potwierdzające ostatnich szczytów, jak i wskaźniki szerokości rynku, zdecydowanie słabnące już od miesiąca. Wraz z powszechnym i historycznie całkiem uzasadnionym oczekiwaniem słabszego, wręcz spadkowego okresu wakacyjnego, daje to nieciekawe wskazania na najbliższy czas.
Paradoksalnie (a być może właśnie dlatego?) dzieje się to w momencie, gdy z tak zwanego otoczenia płyną całkiem pozytywne sygnały: mam tu na myśli zarówno giełdy zagraniczne, jak i powoli, acz systematycznie, poprawiającą się sytuację w naszej gospodarce. Powtarzanie po byłym już ministrze, że inflacja spada, produkcja rośnie, a bezrobocie maleje byłoby banałem, ale po prawdzie taki właśnie jest teraz obraz naszej makroekonomii. Czy jednak nie zostało to już zdyskontowane przez rynek właśnie ostatnimi wzrostami? W praktyce trudno ocenić, co w danym momencie jest już "w cenach", a co nie jest. Sam na przykład jestem ciekaw, czy w cenach jest już uwzględniona obniżka podatku CIT, która - według szacunków różnych analityków - dodaje średnio nawet 10% (w przypadku konkretnych spółek od kilku do dwudziestu kilku procent) do aktualnych wycen fundamentalnych.
Niezależnie od tego rozpoczynająca się druga połowa roku zapowiada się ciekawie i powinna być korzystna dla posiadaczy akcji. Oby tylko decydenci wyciągnęli wnioski z ostatnich wydarzeń na Węgrzech i nie majstrowali zbytnio przy gospodarce i budżecie.
Zwróć uwagę na:
spółki informatyczne - to tylko kwestia czasu, kiedy ich kursy podąży za ceną ComArchu.