Na Wall Street trwają wakacje. Wyraża się to nie tylko buksowaniem indeksów, ale głównie spadkiem obrotów. Na razie, nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższych dniach coś mogło się zmienić. Stąd, przez kolejne dwa tygodnie, jakie zostały to końca wakacji, trend boczny będzie kontynuowany. Średnia przemysłowa najprawdopodobniej pozostanie w przedziale 8950-9300 pkt, S&P 500 będzie oscylował wokół 50-sesyjnej średniej. Natomiast technologiczny Nasdaq ma szansę pozostać wewnątrz kanału spadkowego, w jakim porusza się od ponad miesiąca.
Tym samym wszystkie decyzje inwestycyjne należy odłożyć na później, gdy inwestorzy wrócą na parkiet. Jako że wiele wskazuje na to, że obserwowana na Wall Street stabilizacja to nic więcej, jak dystrybucja, trzeba więc oczekiwać, że jesień, wzorem lat ubiegłych, przyniesie spadki indeksów. Potrzebny jest tylko ku temu impuls.
Zanegowaniem spadkowego scenariusza będzie wybicie tychże indeksów, na odpowiednio dużym obrocie, powyżej czerwcowych szczytów. To postawiłoby pod znakiem zapytania teorię o dystrybucji. Z tym że na takie rozwiązanie się nie zanosi.
Znacznie ciekawiej jest na rynku japońskim. Inwestorzy z Kraju Kwitnącej Wiśni wzięli za dobrą monetę fakt, że spadek S&P 500 poniżej 975 pkt nie wywołał lawinowej wyprzedaży i zaczęli kupować akcje. Efektem było zakończenie korekty dwumiesięcznych wzrostów (jednocześnie ruchu powrotnego do linii bessy). Tak bowiem należy traktować wczorajsze wybicie z flagi. Wybicie to niesie określone reperkusje. Trzeba powiedzieć, że bardzo miłe dla byków. Flaga powiewa bowiem w połowie masztu. A to sugeruje wzrost gdzieś w okolice 12 tys. pkt. Na tym poziomie znajdują się poważne opory. Jednak patrząc na rynek przez pryzmat teorii fal Elliotta (rozpoczyna się właśnie fala 3), końca hossy można oczekiwać najwcześniej dopiero w okolicach 15-16 tys. pkt.
Z tą hossą jest tylko jeden problem. Jak pogodzić hossę w Japonii z ewentualnym spadkiem w USA? Wydaje się to nierealne. Ale, kto wie? Gdzieś przecież kapitał uciekający z USA trzeba zainwestować.