Sytuacja na wykresie indeksu S&P500, może być interpretowana na dwa sposoby. W zależności, czy bliżej nam do byków, czy też do niedźwiedzi, można prognozować zarówno wzrosty, jak i spadki. Przyjmując bowiem, że trzymiesięczna konsolidacja, jaka nastąpiła po wiosennych wzrostach, była tylko korektą, należy zakładać zwyżkę S&P500 do 1170 pkt. Wybicie górą z tejże konsolidacji (2 września br.) jest zapowiedzią realizacji takiego właśnie scenariusza. Z drugiej jednak strony, fakt, że po wybiciu nie obserwujemy dynamicznych wzrostów, może świadczyć, że to tylko pułapka hossy. Tym samym poprzedzająca owo wybicie konsolidacja nie była akumulacją, tylko dystrybucją akcji. Tezę tę potwierdzają sygnały sprzedaży, jakie w ostatnim czasie pojawiły się na wskaźnikach.
Tylko jak oczekiwać spadków, skoro podstawowa zasada giełdowa mówi, że trend trwa do czasu, aż pojawią się sygnały jego zakończenia. Sygnałów świadczących o tym jednoznacznie nie ma. Indeks znajduje się powyżej linii trendu, a układ średnich jest charakterystyczny dla hossy. Mamy więc pata. Każdą tezę da się udowodnić. Pozostaje więc czekać, aż rynek się zdecyduje i obierze jakiś kierunek.
Bardziej klarowna sytuacja panuje na rynku japońskim. Przełamując w czwartek psychologiczną barierę 11 000 pkt, Nikkei zakończył dzień na najwyższym poziomie od ponad 15 miesięcy. Tym samym od maja br. indeks ten zyskał prawie 45%. To jednak nie wyczerpuje potencjału wzrostowego japońskiego rynku. Przełamanie 11 000 pkt otwiera bowiem drogę do 12 000 pkt, gdzie istotny opór tworzą szczyty z 2002 roku. Jednocześnie jest to minimalny zakres wybicia z miesięcznej flagi (utworzonej w lipcu br.). Stąd też właśnie w okolicach 12 000 pkt oczekuje zakończenia impulsu wzrostowego i rozpoczęcia większej korekty. Patrząc na japoński rynek przez pryzmat teorii fal Elliotta, będzie to czwarta fala impulsu. Po niej powinien rozpocząć się ostatni wzrost, który ostatecznie doprowadzi Nikkei w rejon 15 000-16 000 pkt. Tam też hossa ma szansę się zakończyć.