To tylko najnowsze z całej serii tego typu przypadków, które wstrząsały rynkami w wielu krajach i oburzały opinię publiczną. Szczegóły każdej afery są inne, ale rezultat zawsze taki sam. Prezes, którego zarobki inwestorzy lub klienci spółki uznają za wygórowane, musi odejść albo zgodzić się na piastowanie stanowiska za mniejsze pieniądze.
Szef New York Stock Exchange Richard Grasso zrezygnował z funkcji i odszedł z firmy, w której przepracował 36 lat. Powszechne oburzenie wywołała wysokość jego zarobków. Bo 140 mln USD to kwota horrendalna, nawet jak na amerykańskie warunki. Prezesi największych banków zarabiają tam po kilka, niekiedy kilkanaście milionów rocznie, ale nigdy aż tyle.
Moda na ład korporacyjny
Nie bez znaczenia była też modna ostatnio kwestia tzw. ładu korporacyjnego. Modna, bo po kilku aferach z oszustwami księgowymi na miliardową skalę, uczestnicy amerykańskiego rynku i wszyscy inwestorzy zaczęli baczniej przyglądać się temu, co się dzieje w spółkach, jak są zarządzane, jak i przez kogo podejmowane są kluczowe decyzje. W przypadku Grasso okazało się, że to on powoływał członków komisji wynagrodzeń giełdy, którzy wyznaczali również jego pensję. A giełda musi być przecież poza wszelkimi podejrzeniami, jak żona Cezara.
Tymczasem kilka funduszy emerytalnych zwróciło uwagę, że w radzie nadzorczej NYSE zasiadali przedstawiciele czołowych firm z Wall Street, a rada zatwierdzała przecież zarobki prezesa. W tym kontekście przypomniano, że w kwietniu największe amerykańskie banki inwestycyjne wykupiły się kwotą zaledwie 1,4 mld USD za oddalenie zarzutów, że z całą premedytacją i dla własnych zysków publikowały analizy wprowadzające w błąd inwestorów. Stąd już tylko krok do podejrzeń, że ten największy na świecie rynek papierów wartościowych działał na rzecz insiderów z Wall Street. Skarbnik stanu Kalifornia Philip Angelides wręcz zakwestionował niezależność NYSE jako regulatora rynku.