Prasa rozpisywała się o tajnych kontach byłych prezesów PZU i PZU Życie. Smaczny temat, bo chodzi ponoć o - bagatela - pół miliarda złotych. Przez wiele miesięcy panowie, zanim trafili pod pręgierz, cieszyli się szacunkiem i dużym zaufaniem decydentów, ówczesnego ministra skarbu - w całej sprawie, mimo rażącego braku nadzoru, jakby zapomnianego - nie wyłączając. Należeli nierzadko do rozgrywających na naszym rynku kapitałowym. Zresztą poza nim także. Media podnosiły larum, ale kto by się tym wtedy przejmował.
Ile straciła grupa PZU, z grubsza wiemy. Setki milionów. Jaki jest jednak bilans prywatnych "inwestycji" panów prezesów? Spróbujmy go skalkulować.
Najpierw pasywa. W rozliczeniach międzyokresowych wpisałbym zszarganą opinię i utracony honor (dla młodszych czytelników: honor to coś niezwykle cennego dla przyzwoitych ludzi). Nie jest to pozycja zbyt istotna. Już nie. Standardy rachunkowości się zmieniają i nie brak zwolenników tezy, że powinna być ujmowana po innej stronie bilansu jako dowód kreatywności i wysokich kompetencji. Co jeszcze? Ujemny kapitał zaufania. Pewnie nie u wszystkich, ale u większości chyba tak. Straty netto: pieniądze zajęte na kontach, wyciągnięte z szuflad, zabezpieczone mieszkania. Wszystko - a nie jest znowu tego tak dużo - na czym Skarb Państwa może położyć rękę. No i najważniejsze - zobowiązania. Na początek wobec służby więziennej. Przyznaję, nie potrafię oszacować, czy mają charakter długo- czy krótkoterminowy. Ferowanie wyroków nie należy do nas. A zmiennych jest zbyt wiele, aby spekulować o wyniku sądowego równania. Zapewne jednak nie przekroczy zbioru liczb jednocyfrowych. Na dodatek, w nadzwyczajnym trybie zostanie najprawdopodobniej zrewidowany w dół - za dobre, by nie rzec - przykładne, zachowanie. No i jeszcze zobowiązania wobec rozmaitych przyjaciół - jeśli się nie przedawnią na skutek przymusowej izolacji dłużników.
Aktywa? Należności długoterminowe. Od różnych osób - jednostek mocniej i słabiej powiązanych. Często wpływowych. Inwestycje - na pewno rozległe. Zdaje się, że nie omijały naszej giełdy, choćby rynku NFI i innych jej egzotycznych zakątków. Stadninę i nieruchomości, przynajmniej kamienicę w Lublinie, szlag trafił, więc na razie nie ma o czym mówić. Ale nie brakuje wartości niematerialnych i prawnych - wiedza, swoiste know-how na poruszanie się w świecie polityki i wielkiego biznesu. Patent na robienie rekordowych przekrętów. Ma wielką wartość. Jak sprawdzony pomysł na zostanie milionerem. Zapasy? Pewnie spore. Skrzętnie ukryte. Oczywiście, środki pieniężne - jeśli wierzyć doniesieniom mediów - ogromne. Zapewne nie tylko na Jersey. No i dotacje. Przynajmniej w okresie odosobnienia. Z budżetu. Skromne, ale wystarczające na pokrycie podstawowych kosztów.
Inaczej niż w porządnym bilansie, różnica między "winien" i "ma" nie jest zerowa. Jeśli dwóch bardzo wpływowych, zamożnych menedżerów o świetnych perspektywach - a wraz z nimi dziesiątki osób - decyduje się realizować taki biznes- plan, to znaczy, że się im to opłaca. Aktywa przeważają nad pasywami. Bardzo rzadko jest inaczej - jeśli jakieś założenia diabli wezmą i np. słoneczny Izrael zdecyduje się na ekstradycję. Ale nawet w tak przykrej sytuacji, w jakiej ma szanse znaleźć się były prezes Colloseum, jest zapewne jeszcze plan B.