Sesję zaczęliśmy od wydarzenia, które powoli przechodzi do standardowych na naszym rynku. Kontrakty bowiem po raz kolejny wyraźnie wyprzedziły ruch na indeksie. Ale wczorajsze otwarcie kilkuset długich pozycji nie było tym, co przy okazji koszykowych zleceń oglądamy przez ostatnie tygodnie (nie wnikając, co jest arbitrażem, a co ma tylko wyglądać jak arbitraż). Oczywiście, kilkaset pozycji na tak dużym rynku większym wydarzeniem być nie powinno, ale gdy któryś z dużych inwestorów zawiera transakcje w takim pośpiechu i przy biernej postawie rynku kasowego, to starsi gracze już wiedzą, że za chwilę pójdzie za tym szturm na rynek akcji.

Sprawą wtórną jest, czy kupno kontraktów ma być tylko dodatkowym zarobkiem na akcjach, czy też popyt na rynku akcji ma jedynie na celu doprowadzenie do zysku na kontraktach. Oczywiście, dla kolejnych sesji lepszy byłby pierwszy scenariusz. Na razie wygląda na to, że któryś z większych graczy postanowił po prostu wykorzystać świąteczny okres w USA, by podciągnąć przeceniony ostatnio WIG20. Korzystając rano z ujemnej bazy i bardzo małych ofertach na akcjach "zaopiekował" się rynkiem już z samego rana.

Zbrodnia niemal doskonała, gdyby nie węgierski BUX, który z każdą minutą miał coraz większego kaca po (analogicznym do WIG20) odbiciu od linii szyi podwójnego szczytu. W końcu przebił ostatnie czwartkowe dołki i zatrzymał się dopiero ponad 2% poniżej wtorkowego zamknięcia. W takim otoczeniu żaden większy wzrost nie miał prawa u nas zaistnieć. Tak diametralnie różny obraz tych dwóch parkietów to ostatnio rzadkość i ten przykład dobrze pokazuje siły porannego bogatego "opiekuna". Radziłbym więc z pesymizmem uważać, choć po odbiciu od linii szyi nie ma dla niego alternatywy, przynajmniej do czasu wyjścia nad wtorkowe szczyty.