Reklama

Przepis na milionera

W takim Sejmie to się tylko człowiek marnuje (jak to jest w Parlamencie Europejskim, dopiero się okaże). I później można mieć problemy, żeby do biznesu wrócić

Publikacja: 12.12.2003 09:15

Totolotek? Kontrakty terminowe? A może spread betting (polecam artykuł we wczorajszym PARKIECIE)? Są różne sposoby na to, aby się wzbogacić. Powiedzmy sobie szczerze: większość z nas o tym marzy. Pieniądze szczęścia nie dają, ale... no i właśnie o to "ale"

chodzi.

Pamiętają Państwo taki cykl w jednej z gazet: "Zrób sobie...", np. Buzka, Kwaśniewskiego, Millera albo kogoś innego. Wystarczyło parę rekwizytów. Każdy z nas ma je pod ręką. Sprawa prosta. Gdyby równie łatwo dało się zrobić milionera (niechby płacił za nas rachunki) albo z(a) robić miliony...

Miliarderów zostawmy na boku. Gudzowaty, Kulczyk, Solorz albo Krauze - tu w każdym przypadku receptura jest odmienna, niepowtarzalna i tak skomplikowana, że nie ma o czym mówić. Bez sklonowania nie da rady, a nie o to nam przecież chodzi. W ogóle odpuśćmy sobie grube ryby. Niech nie zżera nas chciwość. Wystarczy milion albo dwa. No, może pięć.

Poszukajmy przepisu na giełdzie. Inwestycje w akcje? Sprawa ryzykowna. Gdy mamy mały kapitał, to nawet jego pomnożenie przez dwa albo trzy nie da nam miliona. A nam zależy na czasie. Nie chcemy też ślęczeć nad tabelami, wykresami i ciułać grosz do grosza. Inwestowanie raczej więc odpada. Chyba że się ma tyle szczęścia co Paweł Piskorski. Przy czym on handlował jeszcze dziełami sztuki (tu milion, tam milion...). Proszę się przyjrzeć, co tam u Państwa na ścianach wisi, ale doniesienia z Krakowa i okolic wskazują, że wszystkich Wyspiańskich i Witkacych dawno już pokradli.

Reklama
Reklama

Prezesura! To jest to. Pamiętają Państwo nasze zestawienie zarobków rad nadzorczych i zarządów giełdowych spółek? Zazdrość bierze, co? Zwłaszcza, gdy się popatrzy na niektórych bankowców. Niby bank niezbyt duży, niby z wynikami nie najlepiej, niby nie ma specjalnych osiągnięć, ale za to jak płaci. Tylko, kurczę, jak wsiąść na tę karuzelę, która zapewnia takie obroty? Poszukajmy prostszych przepisów.

Można zbudować firmę od podstaw. Są u nas takie przykłady na giełdzie i poza nią. I ja się z nich ogromnie cieszę, bo wyglądają jak opowieść o amerykańskim śnie - od pucybuta (z tym pucybutem to u nas, oczywiście, przesada, ale chodzi o mechanizm) do milionera. Zaczyna się w garażu teścia albo na bazarze. Zakłada firmę informatyczną albo sklep. Na początku idzie opornie. Później lepiej. Aż w końcu sypią się miliony. Powiem szczerze: to mój ulubiony gatunek milionerów. Wyjątkowy. Zwykle nie odmóżdżony i nie naćpany wodą sodową. Jakiś taki skromny i rozsądny. Stawiałbym go na piedestał i zapewnił warunki do rozmnażania. Ku pożytkowi nas wszystkich.

Pierwsza recepta: zakładajmy firmy. Zwłaszcza że ma być łatwiej w urzędach i podatki będą niższe. Niektórym na pewno uda się dochrapać.

Reszta musi szukać dalej. Ostatnio w jednym z magazynów czytałem o milionerach w Sejmie. Zostawmy na boku tych, których tropią prokuratorzy. Lewe recepty z założenia wrzucamy do kosza. Cwaniaków i krętaczy od przekrętów i tak u nas dostatek. Interesuje nas uczciwa kasa.

Najbardziej przypadł mi do gustu przepis prosty, niewyszukany, ale wymagający nieco starań i ambicji. Pokazuje, jak zarobić duże pieniądze za młodych lat. A przecież nic lepszego niż być młodym, bogatym i... no i w zasadzie to wystarczy.

Po pierwsze, i najważniejsze, kandydat na milionera musi być "trochę mądrzejszy niż inni". To kluczowa sprawa. Dzięki temu po skończeniu studiów może zostać wicedyrektorem ważnego urzędu, później dyrektorem jeszcze ważniejszego urzędu (nie zaszkodzi w tym czasie trochę dorabiać, wiadomo: ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka), a na końcu nawet pójść w ministry czy też wiceministry, bez różnicy. To wszystko w ekspresowym trybie, najlepiej przed trzydziestką albo zaraz po. Zawsze najmłodszym, zawsze najlepszym. A później to ho, ho... kto wie...

Reklama
Reklama

Ktoś może myślałby, że duża w tym zasługa jakichś politycznych koneksji albo czegoś w tym rodzaju. Nic bardziej mylnego. Od polityki to lepiej się trzymać z daleka, bo tak naprawdę to ona szkodzi. Oddala od biznesu. W takim Sejmie to się tylko człowiek marnuje (jak to jest w Parlamencie Europejskim, dopiero się okaże). I później można mieć problemy, żeby do biznesu wrócić.

Jest jeszcze jedna część tej receptury. Jakoś przemilczana. I tu wracamy poniekąd na giełdę. Nie zaszkodzi jednak przez kilka lat czymś pozarządzać - doświadczenie biznesowe zawsze się przyda, pieniądze są z tego nie najgorsze, a splendor wielki. Tylko czym? Zawsze coś się znajdzie, jakaś spółka, jakiś fundusz. Przecież wiadomo, że np. w takich NFI od początku byli sami eksperci i świetni menedżerowie z łapanki. Ot, tacy ludzie, którzy mieli "troszkę więcej mądrości". Jak oni znakomicie zarządzali... jeszcze dziś widać tego ślady. Gdyby im dano odrobinę więcej czasu, na pewno uczyniliby i z nas milionerów, uwłaszczając nas powszechnie. No, ale się nie udało. Musimy więc szukać własnych recept. A jak się już uda, to pozwólmy sobie na... "troszkę więcej" skromności.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama