Totolotek? Kontrakty terminowe? A może spread betting (polecam artykuł we wczorajszym PARKIECIE)? Są różne sposoby na to, aby się wzbogacić. Powiedzmy sobie szczerze: większość z nas o tym marzy. Pieniądze szczęścia nie dają, ale... no i właśnie o to "ale"
chodzi.
Pamiętają Państwo taki cykl w jednej z gazet: "Zrób sobie...", np. Buzka, Kwaśniewskiego, Millera albo kogoś innego. Wystarczyło parę rekwizytów. Każdy z nas ma je pod ręką. Sprawa prosta. Gdyby równie łatwo dało się zrobić milionera (niechby płacił za nas rachunki) albo z(a) robić miliony...
Miliarderów zostawmy na boku. Gudzowaty, Kulczyk, Solorz albo Krauze - tu w każdym przypadku receptura jest odmienna, niepowtarzalna i tak skomplikowana, że nie ma o czym mówić. Bez sklonowania nie da rady, a nie o to nam przecież chodzi. W ogóle odpuśćmy sobie grube ryby. Niech nie zżera nas chciwość. Wystarczy milion albo dwa. No, może pięć.
Poszukajmy przepisu na giełdzie. Inwestycje w akcje? Sprawa ryzykowna. Gdy mamy mały kapitał, to nawet jego pomnożenie przez dwa albo trzy nie da nam miliona. A nam zależy na czasie. Nie chcemy też ślęczeć nad tabelami, wykresami i ciułać grosz do grosza. Inwestowanie raczej więc odpada. Chyba że się ma tyle szczęścia co Paweł Piskorski. Przy czym on handlował jeszcze dziełami sztuki (tu milion, tam milion...). Proszę się przyjrzeć, co tam u Państwa na ścianach wisi, ale doniesienia z Krakowa i okolic wskazują, że wszystkich Wyspiańskich i Witkacych dawno już pokradli.