"Do chwili obecnej powstało co najmniej 20 różnych opracowań na temat barier dla przedsiębiorczości. (...) Niestety, niewiele ze zgłaszanych propozycji zostało do tej pory wdrożonych w praktyce" - przyznaje Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych w... kolejnym opracowaniu pod, mam nadzieję, prowokacyjnym tytułem "Polska rajem dla inwestorów?". Raport jest listą 35 głównych, zdaniem Agencji, problemów, które blokują napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski. Dotyczą one kwestii wyboru kraju i lokalizacji przedsięwzięcia, samego procesu inwestycyjnego oraz bieżącej działalności tworzonych tą drogą firm. Agencja załącza także sugerowane rozwiązania wszystkich tych problemów.
Gdyby nie fakt, że - jak podaje sama PAIiIZ, poprzednimi dwudziestoma opracowaniami politycy i decydenci zbytnio się nie przejęli (de facto: w ogóle je pewnie zignorowali), to sama koncepcja nowego raportu wydaje się ciekawa. Problemy wykazane w dokumencie trudno, co prawda, uznać za odkrywcze, ale ich zestawienie robi wrażenie. Niezbyt wesołe, rzecz jasna. Wśród sygnalizowanych barier na jednym z pierwszych miejsc znalazł się "brak dostatecznie rozwiniętej infrastruktury drogowej". Piękny to eufemizm na określenie łatanych byle jak (albo zupełnie zapomnianych) wąskich, niebezpiecznych gościńców rodem z XIX-wiecznych opowieści o dzikim wschodzie. To także kwestia autostrad-widm i polityków z wielką pompą (np. w asyście tańczących buldożerów) przekazujących ludowi jakieś ochłapy w miarę równego asfaltu, tyle że znikąd do nikąd. "Obecnie w związku z faktem, że wybudowane już fragmenty autostrad nie są połączone z odpowiednimi autostradami za granicą - ich potencjał, mający w założeniu przyciągać inwestorów, nie jest należycie spożytkowany" - podkreśla PAIiIZ.
Nie dość, że nie ma JAK normalnie dojechać, to nie ma także GDZIE ulokować inwestycji. "Brak odpowiednio przygotowanych terenów inwestycyjnych" - konkluduje raport. Zakładając, że inwestor przebrnie jednak przez brudne i dziurawe polskie drogi oraz, że znajdzie kawałek terenu pod inwestycje, musi rozpocząć kolejną fazę walki. PAIiIZ wymienia choćby "przeciągające się procedury w sądach wieczystoksięgowych" i "zbyt długi okres oczekiwania na zezwolenie na nabywanie nieruchomości przez cudzoziemców". Raport podaje też szokującą liczbę - oto według Agencji - czas egzekucji zobowiązań umownych w Polsce to... TYSIĄC dni! Taka sama procedura w Czechach trwa natomiast prawie CZTERY RAZY KRÓCEJ...
Barier jest bez liku. Prawdę mówiąc można mówić chyba już o barykadzie broniącej polski zaścianek przez jakąkolwiek nową inwestycją. Biurokracja, korupcja, opóźnienia formalne, opieszałość sądów, błędne zapisy w przepisach podatkowych, brak wyjaśnień i jasnych interpretacji podatkowych, podwójne kontrole, bezzasadne protesty np. pseudoekologów... Z większością tez PAIiIZ zgodzić się musi każdy, kto choćby pobieżnie przygląda się naszej gospodarce. Kilka wskazanych przez Agencję trudności wydaje się nieco problematyczne. Tak jak choćby postulat "doprecyzowania regulacji w zakresie specjalnych stref ekonomicznych". Lepiej by chyba było, gdyby cała Polska była jedną wielką specjalną i gościnną strefą ekonomiczną. By konkurować jako kraj, a nie przez wystawianie w międzynarodowej konkurencji uprzywilejowanych regionów. Takie same wątpliwości budzi we mnie podkreślanie znaczenia ulg i zwolnień. Niechże panują równe, korzystne dla wszystkich zasady gry. Niskie, proste podatki. Uproszczone do minimum procedury urzędnicze. Proste i niskie ubezpieczenia społeczne. I ograniczanie władztwa korupcjogennej biurokracji. Bo priorytetowi walki z bezrobociem powinna towarzyszyć konsekwencja w faktycznym, a nie deklarowanym cięciu wydatków i etatów urzędniczych.
Pytanie będące tytułem opisywanego opracowania PAIiIZ zostało chyba źle postawione. Wiem, że miało być prowokacją do kolejnej, poważnej dyskusji. Ale myśląc realnie, od polityków i urzędników trzeba wymagać, by Polska była szybko po prostu dobrym miejscem do rozkręcania nowych firm. Do uczciwego, bezłapówkowego zarabiania pieniędzy. A przy okazji - także miejscem tworzenia nowych miejsc pracy. Bo inaczej z bezrobociem sobie nie poradzimy. I naprawdę nie chodzi o jakieś magiczne programy, pakiety i projekty. Chodzi o normalność. A normalność powinna zaczynać się od eliminacji tępawych urzędasów, urodzonych biurokratów i politruków, którzy jak za czasów niesławnego PeeReLu odgrywają, tym razem z woli wyborców, czołowe role w państwie, regionie, gminie... Pierwszym krokiem do tego, by z Polski uczynić miejsce spokojnego, normalnego funkcjonowania biznesu, musi stać się zaprzestanie przeszkadzania mniejszym i większym przedsiębiorcom. Zarówno zagranicznym, jak i polskim. Polska nie musi i nie będzie żadnym rajem. Wystarczy, by była normalnym krajem, a nie oazą biurokratycznej głupoty. To byłoby już niezłą zachętą do inwestowania.