Hossa internetowa pokazała, że rynkiem rządzą trendy. Nie tylko te krótko- czy długookresowe, rysujące dziwaczne figury na wykresach. Po prostu trendy mody. Internet i inne bardzo wysokie technologie, np. taki UMTS, były przecież bardzo modne. Było minęło - przynajmniej na razie. Jak, nie przymierzając, fryzury z lat 80. albo garnitury z obciachowymi metkami naszytymi na rękawach.
Po internetowej hossie na rynku przyszła moda na narzekanie, że to już koniec, że tylko bessa, że złodziejstwo w spółkach i że zaraz giełda tak nam się zmarginalizuje, że... po prostu katastrofa. Gospodarcza także.
"Stare" firmy już nam się opatrzyły. Kreatorzy mody od dawna obecni na rynku niewiele mają do roboty i do zaoferowania. Czasem fastrygują kursy wedle własnych potrzeb i uznania (uwaga, mamy końcówkę roku: niektórzy mogą łatać dziury w portfelach). Wystarczyło jednak wpuścić na wybieg parę niezłych firm i już coś się dzieje. Poruszenie. Giełda jest trendy.
Dzięki temu końcówka roku obfituje w publiczne oferty. Pierwsze półrocze może być jeszcze lepsze - twierdzą spece z domów maklerskich i agencji pijarowskich. O drugim nawet nie wspomnę - wówczas mogą się na parkiecie pojawić państwowe tuzy - po raz pierwszy od lat. Mają jedną podstawową zaletę - są łakomym kąskiem dla wszystkich, którzy gustują w dużych rozmiarach i lubią, kiedy oferuje im się "mocną pozycję" i spore doświadczenie.
Kto się nie załapie na wybieg, może gorzko żałować. Teraz akcje schodzą na pniu, jak nowe kolekcje Chanel. Nikt nie wybrzydza. Obowiązuje ta sama zasada, co w socjalistycznych sklepach - braki w zaopatrzeniu sprawiają, że każdy towar znika natychmiast. Zwłaszcza że to modny towar. Nie chcę przez to powiedzieć, że z jego jakością jest coś nie tak. Wiele wskazuje, że jest wręcz przeciwnie. I znowu, jak za starych dobrych czasów, mamy kolejki po papiery... wartościowe. Serce rośnie. Jak moda przeminie, będzie gorzej. Więc lepiej nie zasypiać gruszek w popiele.