Na kilka minut przed końcem notowań z 8 stycznia doszło do niecodziennego zdarzenia. Kurs najbardziej płynnego na warszawskim parkiecie instrumentu pochodnego - kontraktu na WIG20, w jednym momencie stracił 145 pkt. Zniżkę powstrzymały dopiero dolne widełki, ograniczające dzienne wahania kursu, znajdujące się 10% poniżej ostatniego zamknięcia. Ruch na kontraktach nie miał potwierdzenia w tym, co działo się na rynku kasowym. Jeden z inwestorów złożył duże zlecenie sprzedaży, typu "stop-loss" z poleceniem wykonania po każdej cenie. Aktywowało ono inne zlecenia tego samego rodzaju, co przy niskiej płynności załamało rynek.
Na ograniczenie aktywności inwestorów na początku roku wpływ mogło mieć wprowadzenie podatku od zysków z inwestycji kapitałowych. Niewykluczone że znaczenie miało też to, iż na koniec roku anulowane są wszystkie zlecenia z terminem realizacji wykraczającym poza 31 grudzień.
Po równoważeniu notowań kurs kontraktów osiągnął poziom sprzed feralnego zdarzenia. Można by więc powiedzieć, że wszystko wróciło do normy. Niestety, dla wielu inwestorów to krótkie zamieszanie było bardzo kosztowne. Straty ponieśli na pewno ci, którym w czasie spadku aktywowały się zlecenia otwierające krótkie pozycje (zlecenie "stop-limit" pozwala zająć pozycję z chwilą przekroczenia przez kurs wskazanego poziomu). Strata mogła być jeszcze bardziej dotkliwa w przypadku tych, którzy za pomocą zleceń "stop" natychmiast odwracają pozycję - z długiej na krótką i odwrotnie. Na stratę narażało też uaktywnienie się zlecenia "stop-loss" zamykającego długą pozycję.
Może pomóc Warset
Tak duże przypadkowe wahania kursów na naszej giełdzie zdarzały się już kilka razy. W przeszłości były one wynikiem pomyłki przy wypełnianiu zlecenia. Teraz "zawiniła" płytkość rynku. Nasiliły się więc głosy, postulujące wprowadzenie mechanizmów eliminujących takie zdarzenia.