Szkody na wykresach światowych indeksów wywołane przez doprecyzowanie "długiego okresu" niskich stóp procentowych w Stanach będą, zgodnie z tradycją amerykańskiego optymizmu, byczym argumentem przy każdych publikowanych danych makroekonomicznych. Przykład tego oglądaliśmy wczoraj, gdy rozczarowujące PKB za IV kwartał natychmiast przełożyło się na spekulacje, że to jedynie oddala jakże niekorzystne dla akcji widmo zacieśniania polityki monetarnej. Ale już za niewiele ponad godzinę analityków o ożywieniu (wyższe stopy) przekonał indeks nastroju i aktywności gospodarki w rejonie Chicago. To jedynie potwierdza, że teraz nie żadne publikacje, ani nużące już wszystkich wyniki spółek, odgrywać będą decydującą rolę w kształtowaniu trendów na światowych rynkach. Teraz kluczowe będą giełdowe emocje, a to zapowiada sporą zmienność i nie mniej nerwów.

Na GPW inwestorzy też powinni zarazić się teraz takimi karkołomnymi interpretacjami. Zacząć można od niekończącego się sporu, czy słabszy złoty sprawia, że akcje są tańsze dla zagranicznych inwestorów, czy też może przecenia ich portfele? Odpowiedź dla rynkowej koniunktury dramatycznie różna. Ale nie to jest teraz tak naprawdę w centrum zainteresowania. Wchodzimy przecież w okres publikacji giełdowych wyników. A ja przekornie zapytam, czy mają jakiekolwiek znaczenie? Większość analityków albo będzie zachwycona przekroczeniem prognozy, albo solidarnie wytłumaczy rozczarowanie przesuwaniem zysków na przyszły rok, co wynika z chęci zapłacenia niższych podatków. Ile w tym prawdy, ile "amerykańskiego optymizmu"? Zobaczymy na wykresach, które na razie sygnałów sprzedaży jeszcze nie zanegowały i po zakończeniu ruchu powrotnego byki powinny oczekiwać co najwyżej konsolidacji.