Bardziej przesądni inwestorzy mogli się obawiać wczorajszej sesji. Nie dość że trzynasty, to jeszcze i piątek. Jednak żadnej tragedii nie było (rynek terminowy wyczerpał już limit?). No, chyba że za taką uznamy 0,5-proc. spadek indeksu dużych spółek, czemu towarzyszył prawie 5-godzinny marazm.
Z punktu widzenia analizy technicznej piątkowa sesja nic nie zmienia. Nieudane wybicie powyżej 1740 pkt, konsekwencją którego jest czarna świeca na wykresie WIG20, nie ma istotnego wpływu na postrzeganie całego rynku. Żeby tak się stało, niedźwiedzie musiałyby sprowadzić indeks poniżej 1650-1670 pkt. Tam barierę popytową tworzy luka hossy z 9 lutego br. (1655-1675 pkt), 13-dniowa średnia (1670 pkt) oraz trzymiesięczna linia trendu poprowadzona przez dołki z listopada 2003 r. i stycznia 2004 r. Dopiero przełamanie tego wsparcia pozwoli myśleć o większych spadkach. W każdym innym przypadku, pomimo pewnego niezdecydowania wśród kupujących, przewaga jednak należy do nich, a piątkowa czarna świeca może być jedynie pretekstem do ruchu do 1700 pkt.
Inwestorzy grający na zwyżkę niewątpliwie będą zwracać szczególną uwagę na wykres tygodniowy. Wyraźne pokonanie szczytu sprzed trzech tygodni (w cenach zamknięcia), niesie ze sobą dość potężną dawkę optymizmu. Taki ruch może być traktowany wręcz jako sygnał kupna. W tej sytuacji można chyba powrócić do lansowanej przeze mnie przed miesiącem teorii o wybiciu górą z czteromiesięcznego kanału spadkowego (wykres dzienny - szczyty z września i października oraz dołki z września i listopada ub.r.). Następstwem tego wybicia powinno być przynajmniej 1850 pkt (szczyt z grudnia 2000 r.).
I pewnie do takiego testu dojdzie, o ile pozwolą na to... rynki amerykańskie. Jeżeli tam trend wzrostowy będzie kontynuowany, to i u nas będzie. Niezależnie od planu Hausnera, majowej akcesji czy politycznych przepychanek. Jeżeli natomiast na Wall Street rozpocznie się realizacja zysków, to nie ominie ona polskiego rynku. Na razie byki mają przewagę, ale należy mieć rękę na pulsie i czujnie obserwować sytuację za oceanem.