Do przypadkowych, bardzo dużych zmian kursu kontraktów terminowych na WIG20 dochodziło na GPW już kilka razy. Za każdym razem przechodziły bez większego echa. Zdarzenie z 4 lutego nie pozwala jednak tak łatwo o sobie zapomnieć. Dlaczego? Po pierwsze - ze względu na niespotykanie dużą skalę. Po drugie - aż z dwóch błędnych zleceń. Po trzecie - od samego początku sytuacja wyglądała jak przestępstwo. Tym razem liczba poszkodowanych inwestorów i łączna kwota strat były tak duże, że uczestnicy rynku wielokrotnie zwracali się do giełdy o anulowanie części transakcji. Choć giełda od samego początku mogła sobie zdawać sprawę, że całe zamieszanie jest wynikiem świadomej manipulacji, a nie pomyłki, nie zdecydowała się na takie działanie.
Prośba o unieważnienie
Bankowy Dom Maklerski PKO BP jako pierwszy zwrócił się do giełdy o unieważnienie transakcji zawartych w wyniku dwóch "błędnych" zleceń. - Dwie minuty po złożeniu pierwszego zlecenia, telefonicznie zwróciliśmy się w tej sprawie do działu notowań GPW - twierdzi Jan Kuźma, dyrektor biura maklerskiego. - Po raz drugi, z tym, że na piśmie, zrobiliśmy to tuż po godzinie 16.00. Po 17.30 otrzymaliśmy lakoniczną odpowiedź, że giełda nie przychyla się do naszej prośby i nie anuluje transakcji. Okazuje się, że na rozwiniętych giełdach, wbrew temu, co sądzą pracownicy GPW, taką praktykę się stosuje.
Warto zwrócić uwagę na to, że na całe zdarzenie szybciej zareagowali przedstawiciele BDM PKO BP niż GPW. Dom maklerski zdążył złożyć prośbę o unieważnienie transakcji, zanim pracownicy giełdy podjęli kroki by wyjaśnić sytuacj, u autora zleceń.
Pięć minut