Nieoczekiwane załamanie notowań sprzed półtora tygodnia "strząsnęło" z rynku wielu jego uczestników. Po trzech dniach wrócili oni na rynek, by odkupić sprzedane akcje po znacząco wyższych cenach. Trudno tu o logikę, ale właśnie to strząśnięcie pomogło przebić poziom 1720-1750 pkt, z którym indeks zmagał się uprzednio czterokrotnie.
Patrząc na indeksy innych krajów regionu widać, że popyt obserwowany w Warszawie ma charakter co najmniej regionalny. BUX i PX50 też biją rekordy, wszystko dzieje się przy wysokich obrotach; nie na tyle jednak wysokich, by odwrócić tendencję w ciągu jednego dnia - za sygnał ostrzegawczy uznałbym 1 mld złotych dziennego obrotu na GPW, przy dużych wahaniach kursów w ciągu dnia. Na razie konwergencyjna hossa trwa, z pewnością dzięki pieniądzom inwestorów zagranicznych. A na końcu, jak zwykle, przyjdą gracze krajowi i "sfinansuje" wyjście zagranicy...
Na razie wszelkie przejawy technicznej słabości rynku okazują się chwilowe - rynkowi starcza siły na 100 pkt spadku, po czym zaczyna rosnąć jeszcze szybciej, niż spadał. Truizmem będzie napisać, że sytuacja taka nie może trwać w nieskończoność, że ceny akcji co najmniej odzwierciedlają ich wartość fundamentalną (o ile taka istnieje...). Pamiętajmy, że akcje przez długi czas pozostawały niedowartościowane; dlaczego więc - choćby przez dwa-
-trzy miesiące - nie mogłyby być przewartościowane?
W ostatnich komentarzach często pojawia się temat "pechowego" marca lat parzystych. Z faktami się nie dyskutuje - rzeczywiście bywał to raczej kiepski moment do inwestycji w akcje. Osobiście nie przywiązywałbym wagi do dokładnego wyznaczania szczytów: jeśli nawet rynek będzie jeszcze wyżej w kwietniu czy maju, to poziom indeksu za pół roku powinien sprzedającym z nawiązką wynagrodzić utratę ewentualnych "papierowych" zysków.