Miało być tak: Platforma Obywatelska popiera plan Hausnera i w efekcie na rynek powracają inwestorzy zagraniczni, co prowadzi do wzrostu wartości polskiej waluty już w marcu. Potem wchodzimy do Unii Europejskiej, co jeszcze bardziej wzmaga apetyt na nasze aktywa. Giełda pnie się w górę (fundamenty gospodarcze są solidne, gospodarka rozwija się, jak żadna inna w Europie), obligacje sprzedają się jak ciepłe bułeczki i to pomimo tego, że jest ich bardzo dużo, znacznie więcej, niż przed rokiem. W sumie więc złoty umacnia się znacznie, niektórzy prognozowali, że do końca roku być może nawet o 15%.
Ale, jak to często z prognozami bywa, niestety, sytuacja się skomplikowała. Po pierwsze, PO nie powiedziało Hausnerowi "tak". W każdym razie nie wprost. Trudno było oczywiście oczekiwać, że Platforma zdecydowanie i bezwarunkowo poprze propozycje rządowe, nie byłoby to bowiem dla niej posunięcie korzystne z politycznego punktu widzenia. Już słyszę komentarze, choćby posłów Ligi Polskich Rodzin, o nowej kolacji SLD-UP-PO. Z drugiej jednak strony, mało kto chyba spodziewał się radykalnego oświadczenia potępiającego koncepcje Hausnera. I to nawet w sytuacji, gdyby szczegóły planu były rzeczywiście niezbyt zachęcające. W końcu otrzymaliśmy dwa w jednym: Platforma odrzuciła plan i jednocześnie poparła jego pierwszą część, co skutecznie zapobiegło gwałtownej wyprzedaży złotego. Pozostawiło jednak sporą niewiadomą odnośnie tego, co będzie dalej. Rządowi w ciągu kilku dni udało się zjednać poparcie posła Jagielińskiego i związanych z nim parlamentarzystów. Była to gorzka pigułka dla SLD, coś w rodzaju paktu z diabłem, ale inne wyjście, na razie, trudno znaleźć. Na wcześniejsze wybory Sojusz bowiem ochoty nie ma i trudno się mu dziwić, patrząc na wskaźniki poparcia. Ale nowa koalicja i tak nie ma większości, czyli w dalszym ciągu nie ma pewności, że plan Hausnera będzie wprowadzany w życie.
Jakby tego było mało, co chwilę okazuje się, że albo Sejm, albo Senat przyjmują jakieś ustawy, przez które Hausner traci raz kilkadziesiąt, innym razem kilkaset milionów złotych. W dodatku sam wicepremier mówi, że abyśmy nie przekroczyli najważniejszych progów ostrożnościowych zapisanych w konstytucji, to na koniec roku euro nie może kosztować więcej niż 4,50 zł. Tak swoją drogą to tylko świadczy o tym, że plan Hausnera naprawdę jest planem absolutnego minimum i że nic nam nie gwarantuje. Choćby dlatego, że jesteśmy uzależnieni od czynników, na które nie mamy wpływu. No bo jaki mamy wpływ na rynek eurodolara? A wystarczy, że będzie kontynuowany trend wzrostowy (czego wykluczyć nie można) i nawet w przypadku realnego umocnienia się złotego nie uda nam się dotrzeć do poziomu 4,50.
Na domiar złego, w polityce wcale nie robi się klarowniej. Jeszcze parę miesięcy temu murowanymi kandydatami do nowej koalicji były PO i PiS. W tym sensie nawet wcześniejsze wybory nie musiałyby spowodować jakichkolwiek zawirowań na rynku naszej waluty. Taka koalicja mogłaby bowiem oznaczać znacznie odważniejsze i głębsze reformy. Teraz jednak nic już nie wiadomo, bo po pierwsze, Platforma i partia braci Kaczyńskich już teraz nie mogą się dogadać w wielu kwestiach (głównie, niestety, personalnych), po drugie, wcale nie jest takie pewne, że w ogóle wybory wygrają. Oto bowiem rośnie poparcie dla Samoobrony. Co prawda, Andrzej Lepper wyraźnie dojrzał, jeśli chodzi o wypowiedzi dotyczące gospodarki i ekonomii, ale wciąż niepokoją jego koncepcje związane choćby z rezerwą walutową i rezerwą rewaluacyjną (faktem jest jednak, że i tu widać wyraźny postęp, Lepper mówi bowiem o wykorzystaniu jedynie części tych rezerw). W sumie możliwość zwycięstwa Samoobrony choćby w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego może inwestorów zagranicznych nieco zaniepokoić. Możemy się z taką reakcją nie zgadzać, ale nie zmienimy ich nastawienia.Co więc będzie z tym biednym złotym? Czy nasza waluta ma szanse się umocnić? Szanse ma. Wciąż sądzę, że pod koniec roku jej wartość będzie odczuwalnie wyższa. Ale, niestety, potencjalnych zagrożeń jest sporo. Być może nawet więcej, niż kilka miesięcy temu.