Rozpoczęta w czerwcu zeszłego roku globalna korekta cen obligacji skarbowych zakończyła się w Europie na przełomie listopada i grudnia. W przypadku 10-letnich obligacji skarbowych dna cen i maksima rentowności wypadały kolejno: 28 listopada w Polsce (7,31%), 1 grudnia w Niemczech (4,49%), 2 grudnia na Węgrzech (9,45%) i wreszcie 8 grudnia w Czechach (4,92%). Do początku marca trend wzrostowy cen obligacji, któremu towarzyszył skrajnie negatywny sentyment iwnestorów, był mało imponujący. Zmieniło się to jednak 3 tygodnie temu po publikacji miesięcznych danych o liczbie nowoutworzonych miejsc pracy w USA. Od temtego czasu wzrosty cen obligacji rządowych wszystkich wyminionych krajów sprowadziły ich rentowności poniżej styczniowych minimów do najniższych poziomów w tym roku.
Wszystkich poza Polską. U nas - zapewne wskutek utrzymujących się perturbacji na lokalnej scenie politycznej - rentowność obligacji rządowych pozostała powyżej tegorocznego minimum. Oczywiście kwestii ryzyka politycznego nie można całkowicie lekceważyć, osobiście jadnak sądzę, że rozszerzający się spread prędzej czy później zwabi na nasz rynek obligacji spekulantów, którzy decydując się to ryzyko wziąć na siebie, podniosą w krótkim czasie ceny naszych papierów skarbowych o kilka procent.
Jeśli chodzi o akcje, to tworzące się od stycznia dywergencje pomiędzy indeksami głównych rynków zachodnich, wydają się być kopią analogicznych sygnałów słabnięcia rynków sprzed 2 lat (styczeń-marzec 2002 r.), 4 lat (styczeń-marzec 2000 r.) czy prawie 6 lat (kwiecień-lipiec 1998 r.). Szczególnie warto obserwować powstałe rozbieżności pomiędzy średnią przemysłową Dow Jonesa z jednej strony a Nasdaq Composite i średnią transportową z drugiej. Jeśli ewentualne kwietniowe odbicie na tych rynkach nie zlikwiduje tych sygnałów słabości, to prędzej czy później znajdzie to negatywne odzwierciedlenie nawet na tak obiecująco w tym roku "wschodzących" rynkach jak środkowoeuropejskie.