Wiedziałem, że z SLD jest bardzo kiepsko już w czasie ostatnich wyborów. Objawem degrengolady była dla mnie decyzja, by na listach wyborczych umieścić osoby, w przypadku których o przydatności do sprawowania zaszczytnych urzędów miała przesądzać ich popularność. Przykładem pan Florek, bohater (cokolwiek to słowo miałoby oznaczać) "Big Brothera". Niebezpieczne choroby zwykle są zaraźliwe. Tak jest i z tą. Platforma Obywatelska chce, aby w Parlamencie Europejskim reprezentowali ją np. Krzysztof Hołowczyc (czyżby PO leżał na sercu los branży "czipsowej"), czy śpiewak Marek Torzewski.
Zgodnie z tą filozofią Samoobrona, aby przebić konkurentów, powinna przygarnąć pod swe skrzydła Andrzeja Gołotę (może być użyteczny w politycznej walce na różne sposoby), a LPR - z myślą o poszerzeniu elektoratu - Michała Wiśniewskiego i może jeszcze ze dwie inne osoby (wszak Bog trojcu liubit).
Ale nie o partiach ma tu być mowa. To, co w polityce świadczy o wątpliwej dalekowzroczności, może się jednak sprawdzić gdzie indziej.
Wyobraźmy sobie, że zasada "promocji poprzez twarz" (nie brzmi to dobrze, ale wygląda czasem znakomicie, co udowodnił giełdowy Hoop przy pomocy Cindy Crawford) przyjmuje się na rynku kapitałowym. Gdyby tak zasadę tę przyswoiły sobie firmy, które wybierają się na parkiet lub już na nim są, ale myślą o kolejnych ofertach...
Na przykład Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne (nazwa zobowiązuje) mogłyby poprosić o pomoc Leszka Kołakowskiego. Wiadomo, honorarium nie przyjmie, ale datek na zbożny cel mógłby zrobić swoje. Wyobraźmy sobie, jak np. wielce ceniony filozof, zachęcając do kupna akcji WSiP, posługuje się Anzelmowskim wzorem i przytacza coś na kształt ontologicznego dowodu na istnienie demona zysku.