Czy pamiętają Państwo sytuację sprzed roku czy dwóch, gdy media pełne były nawoływań naszych kreatorów polityki gospodarczej, że złoty powinien być słabszy? Padały różne poziomy. Niektórzy "osłabiacze" deklarowali, że kurs EUR/PLN na poziomie 4,3 wystarczy, by ich uszczęśliwić. Inni szli o krok dalej, wzdychając do kursu około 4,7.

Pisałem wówczas, że taka polityka medialna do najszczęśliwszych nie należy, bo - przy niekorzystnym układzie wydarzeń - skutkować może ruchem kursu w obszary, o których nie śniło się najbardziej odważnym zwolennikom deprecjacji.

I voila. Jeszcze kilka tygodni temu za euro płaciliśmy niemal pięć złotych, zaś obecnie rynek walutowy, choć nieco bardziej stabilny, wciąż pozostaje w schizofrenicznym nastroju, w którym powrót do poprzednich, słabych, poziomów nie jest do końca wykluczony. Trochę cynicznie można zauważyć, że dzisiejsze inklinacje twórców polityki gospodarczej nie odbiegają od tych sprzed kilku lat. Wciąż w wypowiedziach przewija się pragnienie, by za euro płacić 4 złote 30 groszy, choć dziś spełnienie tych marzeń wymagałoby ruchu kursu w zgoła odmiennym kierunku. I chociaż ostatnimi czasy wypowiedzi na temat kursu walutowego nieco przycichły, niezmienny pozostaje pociąg do wpływania na poziom złotego - choćby przez deklaracje sprzedaży walut na rynku.

Wnioski z doświadczeń ostatnich lat są dwa. I oba nieszczególnie odkrywcze. Po pierwsze, kursem walutowym sterować się nie da. Niezależnie, czy chce się to osiągnąć przez interwencje werbalne, czy też przez bezpośrednią działalność na rynku walutowym. Można doprowadzić do przejściowej zmiany sentymentu, ale w ostatecznym rozrachunku to zawsze rynek rozdaje karty. Po drugie, dywagacje polityczne na temat optymalnego kursu walutowego zawsze przywodzą na myśl stare powiedzenie, że jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził. Najlepiej byłoby przyciągać rzesze inwestorów zagranicznych, ale bez zwykłej w takich sytuacjach aprecjacji złotego. Najlepiej byłoby mieć złotego na słabszym poziomie ze względu na konkurencyjność eksportu, ale bez negatywnego efektu dla importerów, inflacji czy długu publicznego. Takich zestawień można by wymieniać więcej, ale tylko po powyższych widać, że nigdy nie będziemy mieli kursu walutowego, który będzie dobry dla wszystkich.

Tak więc jeśli nie można efektywnie wpływać na poziom kursu w dłuższym terminie oraz jeśli nie ma takiego poziomu kursu, który będzie optymalny dla wszystkich aspektów polityki gospodarczej, można zadać pytanie, czy próby wpływania na złotego - takie jakie widzieliśmy rok temu, czy też jakie widzimy teraz - mają w ogóle sens? Oczywiście, poza funkcją surogatu niepopularnych reform gospodarczych.