Wszystko wskazuje na to, że okres rekordowo niskich stóp procentowych w najważniejszych gospodarkach świata powoli zaczyna dobiegać końca. W Europie mieliśmy już nawet podwyżki, między innymi zdecydował się na ten krok Bank Anglii. Europejski Bank Centralny na razie jest niewzruszony. Mało tego, jego szef, takie przynajmniej informacje trafiają na rynek, jeszcze dwa miesiące temu chciał obniżek. Nie zmienia to jednak faktu, że im dalej w las, tym więcej drzew, czyli im dłużej nie ma obniżek, tym bardziej prawdopodobne stają się podwyżki.
Problemem jest wciąż słaby wzrost gospodarczy regionu. Najwięksi niemieccy przedsiębiorcy (z szefem Volkswagena na czele) mówią wprost, że w Niemczech nie ma żadnego ożywienia, że wciąż jest recesja. Nie da się ukryć, na razie Europa nie ma się czym chwalić. Mimo wszystko jednak analitycy przebąkują o poprawie sytuacji w drugiej połowie roku, o wzroście inflacji i o konieczności podwyżek stóp.
Ale dla świata z całą pewnością o wiele ważniejsze od tego, co zrobi Trichet, jest to, co zrobi Greenspan. Szef Fedu, jak to ma w zwyczaju, nie mówi wprost, czy podniesie stopy, czy też nie. Z drugiej jednak strony, "spece od Greenspana" podkreślają, że jak na niego, to i tak ostatnie wypowiedzi są dość stanowcze. Po pierwsze, mogliśmy się dowiedzieć, że deflacja nie jest już problemem dla największej gospodarki świata. Po drugie, zdaniem Greenspana, banki powinny sobie poradzić w środowisku wyższych stóp procentowych (czyli w tym kierunku środowisko się zmieni). Summa summarum, podwyżki nadchodzą. Oczekują ich zresztą z niecierpliwością inwestorzy, byłoby to bowiem dla nich potwierdzenie, że wzrost gospodarczy w USA ma trwały charakter. Inaczej, jak sugerują, szef Fedu nie kiwnąłby palcem w kwestii podwyżek, wyższe stopy mogłyby bowiem zdusić kulejące ożywienie. Oczekuje się, że w sumie w tym roku w USA stopy pójdą w górę o przynajmniej 50 pb.
A jak to wygląda w Polsce? Nawet najbardziej oporny analityk czy ekonomista (a takich jeszcze rok temu wcale nie było mało) przyznaje, że polska gospodarka rozwija się szybko. Już tylko nieliczne niedobitki prognozują mniej niż 5% wzrostu PKB w całym 2004 roku, a są tacy (również ja), którzy uważają, że niewiele zabraknie nam do 6%. Nie ma jednak cudów. Przyspieszenie gospodarki musi w końcu pociągnąć za sobą wzrost inflacji. Mamy już bardzo wyraźny wzrost cen producentów, zwiększyły się oczekiwania inflacyjne, złoty nie chce drożeć i dokąd się sytuacja polityczna względnie nie uspokoi, trudno liczyć, że wyraźnie zdrożeje, na dodatek ceny surowców wciąż są wysokie. Motorem gospodarki pozostaje eksport, ale poprawia się także popyt wewnętrzny, nieco lepiej jest również z inwestycjami. Wszystkie te elementy wcześniej czy później przełożą się na wzrost cen. Nie wiemy tylko, jak duży on będzie.
Pozostaje jeszcze kwestia sytuacji finansów publicznych. Mniej więcej w okolicach lutego wydawało się, że reformy będą sukcesywnie wprowadzane. Inna sprawa, że zakres proponowanych zmian rozczarował. Teraz to już w ogóle nic nie wiadomo. Urzędujący premier zapowiedział dymisję rządu, potencjalny nowy ma problemy z poparciem w parlamencie, coraz więcej partii mówi o przedterminowych wyborach, głosowania w sprawie istotnych, z punktu widzenia reform, ustaw są odkładane, czyli tak naprawdę wciąż nie wiemy, kiedy i jakie działania zostaną podjęte. Nic dziwnego, że wczoraj RPP zmieniła nastawienie w polityce pieniężnej na restrykcyjne z neutralnego.