W ostatnich tygodniach mamy dość nietypową cykliczność. Od początku fali spadkowej największa niedźwiedzia uczta odbywała się zawsze w czwartek. Pierwsza (22 kwiecień) była masakrą byków rozpoczętą wybiciem z tygodniowej konsolidacji pod szczytem. Druga była zakończeniem trendu wzrostowego, dzięki wybiciu szeroką luką bessy pod dolne ograniczenia klina zwyżkującego. Ostatni czwartek to znowu bardzo dynamiczna wyprzedaż. Ciekawe w tym kontekście może być zachowanie rynku w najbliższą środę, gdy inwestorzy zaczną obawiać się takiej powtórki. Byki pewnie żałują, że do Bożego Ciała został aż miesiąc.
Miesiąc mija już także od zakończenia hossy. W tym czasie kontrakty spadły od ekstremum aż 175 pkt. Choćby tylko ten jeden argument udowadnia, że słusznym było nazywanie kwietniowych wzrostów dystrybucją, a fala wzrostowa zakończona 13 kwietnia była ostatnią na najbliższe tygodnie. Oczywiście byki zauważą pewnie, że nie po takich spadkach nasz rynek się podnosił. Choćby we wrześniu, październiku, czy listopadzie, gdzie porównywalne przeceny były szybko wykorzystywane do zakupów akcji i wracaliśmy na szczyty.
Jest jednak między tymi spadkami znacząca różnica. Wtedy korekty wystąpiły natychmiast po długiej fali wzrostowej, a teraz poprzedziła je wyraźna dystrybucja, którą na wykresie obrazuje choćby wspomniany klin zwyżkujący. Zasięg spadku z niego wynikający to okolice 1630 pkt. Oczywiście w poniedziałek się tam nie znajdziemy, bo w międzyczasie jeszcze nie raz obejrzymy łapanie dołków i próbę zanegowania spadków. Choćby widoczne na wykresie wsparcie na marcowych dołkach będzie do tego zachęcać. Zasięg spadku sugeruje jednak, że jeśli ktoś nie jest day-traderem to rozsądniej byłoby poczekać z tym przynajmniej do wsparcia na dołku z końca lutego.