Cóż nowego można po ostatnich sesjach napisać, skoro tak naprawdę niewiele się zmieniło. Dalej trwa rzeź byków, a inwestorzy codziennie szukają sobie nowych powodów, by ją uzasadniać. A to ktoś się obudzi, że do UE już weszliśmy, a to, że mamy niestabilną sytuację polityczną, a to, że stopy w USA muszą kiedyś wzrosnąć, czy w końcu to, że od początku roku rysowaliśmy do znudzenia omawianą formację klina zwyżkującego, będącą formację kończącą trendy. Można sobie z tych kilku (jest więcej) powodów wyszukać ten najwłaściwszy dla wytłumaczenia spadków.

Oprócz uzasadnienia spadków inwestorzy marzą teraz jeszcze o jednym - by ktoś odpowiedział na nurtujące większość pytanie - kiedy rynek odbije? Największym błędem, jaki można popełnić przy takiej dynamice spadku, to nie próba rozwiązania takiej zagadki, ale już samo zadanie takiego pytania. Można bowiem próbować szukać dna tak silnej wyprzedaży, ale czy dobrym punktem do jej zatrzymanie nie było na przykład dolne ograniczenie klina? Albo każde z ostatnio przebijanych z łatwością wsparć? Brzmi to oczywiście banalnie i książkowo, ale nie należało i nie należy, jak mawiał premier "kopać się koniem", a jedynie podążać za trendem wypatrując sygnałów jego słabości.

Oczywiście, w ten sposób nie złapiemy długiej pozycji w samym dołku, ale zanim poważniej zaczniemy się od niego oddalać, rynek musi przejść przez czyściec konsolidacji, w czasie której zarządzającym przestaną drżeć ręce, a analitycy zaczną wyszukiwać nowe argumenty za kupnem. Gdybym takiej akumulacji nie zauważył, to obudzi mnie na pewno zakrycie ostatniej luki bessy. Dopiero wyjście wyżej pozwoli mówić o zakończeniu tej fali spadkowej. Jak na razie, docelowy zasięg z formacji klina jest jeszcze kilkanaście punktów pod wczorajszymi minimami.