Do tej pory sądziłem, że gdy rynek podąża ścieżką wyznaczoną przez analityka, to oznacza jedynie udaną prognozę. Po środowym imponującym odwrocie na amerykańskim parkiecie (S&P 500 testuje 200-sesyjną średnią kroczącą) niektóre serwisy próbowały przekonać mnie jednak, że wypowiedzi analityków zamiast być ewentualną udaną prognozą ruchu rynku, to po prostu same taki ruch kreują. Zwrot indeksów wystąpił bowiem w momencie, gdy Barton Biggs (były guru/strateg z Morgan Stanley) dyskutował z Bob?em Farrell?em (były szef analityków technicznych w Merrill Lynch) o tym, który z argumentów za odreagowaniem jest ważniejszy. Czy wyprzedanie rynku największe od 20 lat, czy może wystarczą jedynie "warunki dające możliwość" gwałtownego technicznego wzrostu? Te słowa stały się dobrym wytłumaczeniem wzrostu, choć nikt już nie pamięta takich zdań wypowiadanych sporo wyżej.
Trochę szyderczo powiem, że onieśmielony siłą mediów boję się pisać jakąś prognozę. Tym bardziej, że właśnie co do punktu zrealizowany został minimalny zasięg spadku wynikający z rysowanej od początku roku formacji szczytowej - klina zwyżkującego. Wysokość formacji odmierzona z miejsca wybicia dawała właśnie "okolice 1630 pkt". Niestety, nie jest to docelowy, a jedynie minimalny zasięg spadku, co wcale nie oznacza, że nie możemy tutaj zawrócić. Przy tak wyraźnych formacjach i tak szybkiej ich realizacji, inwestorzy bardzo często próbują zmienić trend właśnie w tak charakterystycznych miejscach. Wczoraj na 2 godz. przed końcem sesji fundusze taką próbę podjęły, ale kac po przecenie jest tak ogromny, że każde odreagowanie będzie wykorzystywane do wyjścia z rynku spóźnionych na tą falę spadkową. A gdzie prognoza? Nie będę oryginalny - obecne warunki dają możliwość gwałtownego technicznego wzrostu.