W piątek byki zdecydowały się zaatakować lukę bessy z 10 maja br. (1665-1704 pkt). Szarża ta zakończyła się całkowitą klęską. Indeks WIG20, co prawda dotarł nawet do 1697 pkt, jednak kontratak podaży w końcówce sesji sprawił, że na wykresie zamiast długiej białej świecy, mamy bardzo nieprzyjemną spadającą gwiazdę. To w sposób oczywisty komplikuje sytuację kupujących. Zwłaszcza że oprócz opisywanej luki, opór tworzy również 38-proc. zniesienie Fibonacciego (1705 pkt). Stąd też na razie, rozpoczętych w poniedziałek wzrostów nie można traktować inaczej, niż jako korekty. A to sugeruje, że w przyszłym tygodniu znów spadki zagoszczą na GPW.

Obawiam się jednak, że to zbyt prosty scenariusz, a przez to mało prawdopodobny. To "kombinatorstwo" to chyba wpływ wykresu tygodniowego, na którym, bądź co bądź, mamy przecież formacje objęcia hossy. Co prawda, niezamknięta luka sprzed tygodnia całkowicie neutralizuje jej popytowy charakter. Sądzę jednak, że popyt tak łatwo się nie podda i jeszcze raz podejmie próbę ataku na opory.

Próbując zebrać to wszystko w jedną całość, można nakreślić scenariusz, według którego po krótkim cofnięciu, WIG20 ponownie ruszy do góry, próbując przełamać opory. Wygrana byków otworzy drogę do 1770 pkt. Natomiast przegrana będzie skutkować spadkiem poniżej 1600 pkt na początku czerwca.

Na zakończenie warto wspomnieć o Wigometrze. Od pewnego czasu można zaobserwować, że kontrariańska interpretacja tego wskaźnika nie sprawdza się. Wyraźnym tego przykładem był ubiegłotygodniowy odczyt. Jeszcze przed dwoma miesiącami tak duży odsetek optymistów (54%) był niemal równoznaczny z brakiem wzrostów. Tymczasem teraz nie. Jeżeli ta tendencja utrzymałaby się, to być może wskaźnik ów wreszcie będzie spełniał rolę, jaką przypisali mu jego twórcy. Trudno nie wspomnieć o ostatnim odczycie. Wśród ankietowanych 42% oczekuje wzrostów, natomiast 35% spadków. Zgodnie więc z "nową świecką tradycja", oznacza to, że przyszły tydzień indeks dużych spółek zakończy wzrostem.