Prywatyzacji częstochowskiej huty od początku towarzyszyło zamieszanie. Początkowo wyłączność na dalsze negocjacje w sprawie prywatyzacji Huty Częstochowa otrzymał międzynarodowy koncern LNM Holdings. Taką decyzję podjął ówczesny minister skarbu Zbigniew Kaniewski. Wywołało to sprzeciw Związku Przemysłowego Donbasu, który odpadł w przetargu mimo wcześniejszej pozytywnej rekomendacji.
Cztery, dwa, jeden
W rywalizacji o częstochowską hutę startowały cztery podmioty - Steel Capital Corporation, hinduski Ispat, LNM Holdings i ZPD. W końcowej fazie przetargu został LNM i Donbas. Na początku lutego Konstanty Litwinow, reprezentujący interesy ZPD w Polsce, informował, że Donbas jest gotowy zainwestować 118 mln euro w rozwój huty, co pozwoliłoby na zwiększenie produkcji z 500 tys. do 1,4 mln ton stali w skali roku. W ciągu dwóch pierwszych lat do huty trafiłoby 100 mln euro. Wkrótce potem LNM przedstawił rządowi swoją poprawioną ofertę. Nieoficjalnie mówiło się, że jest niemal taka sama, jak ukraińska. LNM zachęcał korzyściami, jakie wynikałyby ze współpracy z Polskimi Hutami Stali, gdzie LNM jest już inwestorem. Ostatecznie - 20 lutego - decyzja zapadła na korzyść LNM.
Zdaniem Wacława Korczaka, prezesa Huty Częstochowa, dzięki inwestorowi zostałby zapewniony dopływ kapitału niezbędnego do finansowania produkcji. Huta byłaby w stanie wykorzystać niezłą koniunkturę na światowym rynku stali. Tym bardziej, że poprawia się kondycja przemysłu okrętowego, głównego odbiorcy blach z częstochowskiej huty. Po wejściu inwestora byłby możliwy wzrost produkcji i utrzymanie miejsc pracy. Obecnie nowa Huta Stali Częstochowa oraz spółki córki starej huty zatrudniają w sumie blisko pięć tysięcy osób.
Nici z przetargu