Podobno coraz bardziej poprawne politycznie staje się w ostatnim czasie żądanie przyspieszonych wyborów. W tym temacie doszliśmy już do miejsca, w którym nawet z góry skazani na porażkę chcą popierać ten pomysł. Do stada baranów zaczynają dołączać więc nawet idące na rzeź owieczki. Nie za bardzo wiadomo po co, ale jedyne o co teraz partie walczą w polityce, to by było wokół nich jak najwięcej przedwyborczego szumu. A może cudem zmieni to wyrok wydany na razie w sondażach? Nikomu, a szczególnie giełdzie to nie służy, ale już mówiłem, że przecież nie o to tu chodzi.

Dlaczego dzisiaj tak politycznie? Bo równie analogicznie patowa sytuacja ma miejsce na warszawskim parkiecie. Żadna z giełdowych partii nie jest w stanie objąć rządów i wprowadzić jakichś radykalnych reform. W połowie maja próbę wybicia dołem i test styczniowego dołka byki błyskawicznie zanegowały i równie szybki odwrót oglądaliśmy w ostatnią środę po ataku na lukę bessy. Ponad 3 tygodnie temu przestrzegałem przed czekającą nas teraz konsolidacją. Nie powiedziałbym jednak wtedy, że nawet po prawie miesiącu nie będzie widać argumentów, które pozwolą zmienić zdanie.

Sprzeczne sygnały płynące zarówno z analizy technicznej, jak i nie tylko z polskiego otoczenia makro, skazują giełdowych inwestorów na wyczekiwanie na wzrost wyborczej frekwencji, która pozwoli stworzyć wyraźną giełdową przewagę rządzących. Obojętne przy tym, czy będzie to koalicja OFE z TFI, czy wpływ zachodnich mocarstw. Bez wyraźnego sygnału, kto będzie rządzić na parkiecie, nie ma sensu teraz podłączać się do giełdowego koryta. Z racji upływającego czasu na polityczne wystąpienie, pozostaje mi tylko na koniec zaapelować, by wybory przyszłego giełdowego trendu zapadły w sztabach funduszy jak najszybciej.