Na rozwiniętych rynkach trendy krótkoterminowe są spadkowe. Na zakończenie wczorajszej sesji niemiecki DAX miał najniższą wartość od miesiąca. Blisko podobnego "osiągnięcia" był paryski CAC-40. Londyński FT-SE 100, po serii siedmiu kolejnych spadków, zakończył sesję w ostatnią środę na najniższym poziomie od trzech miesięcy. Podobnie słabo zachowują się indeksy amerykańskie - w lipcu S&P 500 stracił 3%, Nasdaq Composite obniżył się ponad 5%. Początek poniedziałkowej sesji pokazuje, że nowe minima w tym trendzie spadkowym są bardzo prawdopodobne. Wszystkie te negatywne sygnały mają na razie wątpliwe znaczenie - trendy średnioterminowe wciąż są boczne. Dotarcie do ich dolnych ograniczeń - owszem, to jest prawdopodobne. Na wykresie S&P 500 spadki rozwinęły się w dwóch falach. W obydwu z nich wskaźnik stracił dokładnie 5,7% i gdyby teraz miał powtórzyć ten schemat, powinien znaleźć się na poziomie dołka z połowy maja (1084 pkt). Kanał spadkowy, który kreśli indeks od pięciu miesięcy dopuszcza nawet nieco głębszą przecenę.
W kontekście warszawskiej giełdy znaczenie może mieć zachowanie węgierskiego BUX. Może - bo WIG20 dość biernie obserwował, jak "bratanek" wspina się do historycznego maksimum z połowy kwietnia. Od dołka z 14 czerwca do szczytu z 7 lipca notowania na giełdzie w Budapeszcie wzrosły prawie 7%, kursy największych warszawskich spółek podniosły się w tym czasie niewiele ponad 3%. Jak przekonaliśmy się w czwartek, atak BUX na historyczne maksimum nie powiódł się. Teraz indeks broni się przed spadkiem poniżej krótkoterminowej linii trendu wzrostowego. Wczoraj popyt na węgierskie akcje był wystarczający. Przebicie oznaczać będzie dalsze pogorszenie koniunktury, przynajmniej dopóki wykres indeksu nie zetknie się z długoterminową linią trendu, znajdującą się na 11 tys. pkt. Właściwie do tego momentu WIG20 nie powinien reagować na wyprzedaż węgierskich akcji. Jeśli spadnie, znaczy to, że warszawska giełda jest teraz w słabej kondycji.