Przed wakacjami zastanawiałem się, co zachęca analityków do zapowiadania letniej hossy w USA. Nikt nie pokusił się o zdefiniowanie w ramy czasowe tego zjawiska, ani tym bardziej, na udowodnienie wyliczeniami, że taki sprzyjający dla akcji okres w ogóle historycznie występował. Liczyło się tylko zaklinanie rynku. Ale mylił się ten kto sądził, że lipcowa letnia chłosta amerykańskich byków broniących już tegoroczne minima (Nasdaq) przekreśli te mity. Wręcz je wzmocniła(!). Faktycznie pewnie w USA kiedyś mocniej odbije, ale ja odszczekam szyderstwa dopiero po trzykrotnie większym wakacyjnym wzroście niż spadku.
A dlaczego do tego wracam? Bo znowu zdenerwowała mnie nierzetelność jednego z serwisów, który powołując się na cykl prezydencki i najlepsze dla akcji II półrocze roku wyborczego zachęca do kupna akcji. Myślenie życzeniowe, choć fakt faktem, że gdy weźmie się średnie zachowanie Dow Jones od początku XX wieku, to od lipca zaczyna się regularna hossa. Zobaczmy dlaczego.
Gdy ograniczymy okres tylko do 1940 r. w 9 na 10 przypadków II półrocze roku wyborczego skończyło się wzrostem aż 13,1%, co jest faktycznie imponującym wynikiem. Ale gdy weźmiemy ten sam schemat od roku 1940 do teraz, to okazuje się, że spośród 16 przypadków wzrost miał miejsce w 11, a średni wzrost wynosi 3,2%. Czy można na tej podstawie mówić o korzystnym dla akcji okresie? Niby tak, bo wzrost 3,2% każdego cieszy, ale historyczna roczna średnia dla indeksu Dow Jones to około 10,5%.
Okazuje się więc, że "prezydenckie" 6,4% w ujęciu rocznym (3,2% w drugim półroczu) jest wprost fatalnym wynikiem. Zupełnie subiektywne jest natomiast wybranie okresu dla którego liczymy ten schemat. Analogie powinny być chyba bliższe do drugiej połowy XX wieku, niż do jego początków.