Cięcia etatów w AT&T w tym roku dotkną łącznie 12,3 tys. pracowników, czyli jedną piątą załogi. Zatrudnienie w koncernie, dzięki któremu na początku ubiegłego wieku telefon trafił pod strzechy amerykańskich domostw, spadnie zatem do 49 tys. osób. Przypomnijmy, że nieco ponad 20 lat temu, zanim decyzją sądu firma została podzielona na kilka mniejszych, przekraczało milion.
Redukcja zatrudnienia w AT&T jest efektem lipcowych deklaracji dyrektora generalnego Davida Dormana, że koncern wycofa się ze sprzedaży usług telekomunikacyjnych wśród abonentów prywatnych. Jednym z powodów była decyzja amerykańskich władz regulacyjnych, podnosząca koszty dzierżawy łączy telefonicznych przez operatorów długodystansowych - w tym właśnie AT&T - od telekomów regionalnych. Innymi powodami są coraz niższe stawki za rozmowy, które dają coraz mniej szans na zwiększenie przychodów, oraz rosnąca wśród Amerykanów popularność rozmów przez komórkę. Teraz w trakcie likwidacji są oddziały AT&T m.in. w Wirginii Zachodniej, Portoryko i na Hawajach. W przyszłości wśród klientów indywidualnych koncern chce zarabiać dzięki telefonii internetowej, a większość uwagi zamierza poświęcić obsłudze klientów korporacyjnych, o których względy coraz śmielej zabiegają konkurenci - Verizon Communications czy MCI. W pierwszym półroczu przychody AT&T spadły o 12%, a zyski skurczyły się o 63%. W całym roku ma być jeszcze gorzej, bo zysk może się zmniejszyć aż o trzy czwarte.
AT&T zdecydowało się też dokonać odpisów na gigantyczną kwotę 11,4 mld USD, odpowiadającą mniej więcej jednej czwartej całości aktywów firmy. Odpisy odzwierciedlają spadek wartości należących do niej łączy telekomunikacyjnych, które z czasem będą obsługiwać coraz mniej rozmów. Zdaniem komentatorów, w ten sposób AT&T przyznało się do tego, że miliardy dolarów wydane na rozbudowę sieci i promowanie usług zostały zmarnowane. Odpisy znajdą się w wynikach za trzeci kwartał, które firma poda za około dwa tygodnie.
AP, Bloomberg