Zgadnijcie, o czym mowa. Na Bliskim Wschodzie niespokojnie - religijny fundamentalizm muzułmański staje się tam coraz większym problemem... Narastają animozje arabsko-amerykańskie. Tymczasem popyt na ropę i metale strategiczne jest większy niż w poprzednich latach, a to za sprawą ożywienia gospodarczego, widocznego zwłaszcza w niektórych krajach. Ceny ropy szaleją. Wieloletnie maksima cenowe osiągają metale...
Nie, to nie tylko opis tego, co dzieje się ostatnimi czasy. To także ilustracja tego, co już się kiedyś działo - kiedyś, tzn. w pamiętnym dla gospodarki światowej roku 1973 i w późniejszych latach. Zdarzenia określane mianem kryzysu energetycznego, wywołanego szokiem naftowym (gwałtownym, kilkusetprocentowym wzrostem cen ropy na skutek wykorzystywania przez państwa arabskie broni naftowej - ograniczania wydobycia i embarga na dostawy do niektórych krajów). Zresztą w kilka lat po pierwszym kryzysie - pod koniec lat 70. - zdarzył się następny poważny kryzys naftowy, sprowokowany kolejnym skokiem cen ropy (co było z kolei pochodną m.in. tzw. rewolucji islamskiej w Iranie, a potem wojny iracko-irańskiej, wywołanej - nomen omen - przez Saddama Husajna...). Inflacja doprowadziła do wzrostu stóp procentowych. To zaś odbiło się później na koszcie kredytów, a jedną z ofiar tego procesu pod koniec lat 70. stała się zadłużona po uszy PRL. Zaburzenia na rynku ropy sprawiły, że w latach 70. doszło do zahamowania wzrostu gospodarczego w krajach rozwijającego się wcześniej dobrze Zachodu. Paliwowa drożyzna sprawiła, że pojawiło się stagflacja - połączenie dwóch negatywnych zjawisk: inflacji (podsycanej jeszcze zaburzeniami na rynkach walutowych) i stagnacji (a nawet recesji) gospodarczej...
Piszę o tym dlatego, że - wobec szalejących znów cen ropy - powracają analogie. Oczywiście, cudów nie ma - droższa ropa to wyższe koszty, o czym świadczą ostrożniejsze niż wcześniej oceny perspektyw wzrostu gospodarczego na świecie. Ale, na szczęście dla nas, warto pamiętać, że "wtedy" (czyli w latach 70.) było gorzej - i to w dwójnasób. Po pierwsze - zdecydowanie większa była skala wzrostu cen ropy. We wspomnianym roku 1973 wzrosły one kilkakrotnie, a nie "tylko" o kilkadziesiąt procent - jak to się stało w tym roku. Było też inaczej - zapotrzebowanie na ropę wynikało z ogromnej energochłonności gospodarek, czego przykładem były choćby wręcz legendarne wielkie amerykańskie samochody, pożerające ogromne ilości taniego (do czasu) paliwa. Paradoksalnie, to szoki naftowe zmusiły do szukania innych źródeł energii i ograniczania energochłonności gospodarki. W ten sposób pozytywną konsekwencją próby ucieczki od paliwowej drożyzny było nie tylko szukanie, ale wdrażanie technologii energooszczędnych oraz wykorzystywanie alternatywnych wobec ropy metod pozyskiwania energii. Dzięki temu możemy jeździć spalającymi mniej paliwa samochodami.
Taaaak... Ja tu sobie gadu, gadu, a traderzy z rynku ropy już debatują, czy i kiedy "pęknie" 60 dolarów za baryłkę. Co prawda, można przestawić się na słońce i węgiel, ale... swojej fury to tym nie nakarmimy.
Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.