Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: Chase Manhattan Bank, Lehman Brothers albo inna równie szacowna instytucja postanawia pozyskać pieniądze z publicznej emisji akcji. Wpada przy tym na pomysł, żeby wprowadzić tzw. lokatę prywatyzacyjną. Każdy, komu uda się wpłacić pieniądze w oddziałach banku, otrzyma za wszystkie wpłacone pieniądze walory i będzie tak aż do wyczerpania puli. Żeby było ciekawiej, musi wpłacać w gotówce.
Widzę już oczami wyobraźni setki tysięcy Amerykanów, którzy racząc się kawą i wódką (polską, a jakże!) czekają na mrozie (a dlaczego nie na mrozie?) i z torbami pełnymi "zielonych" (w części pochodzących z handlu narkotykami, bronią albo przemyconymi z Chin skarpetami - wszystko jedno i tak nikt tego nie skontroluje) sprawdzają co kilka godzin, czy wszyscy zapisani są obecni. W dobie komputerów, internetu, plastikowego pieniądza i telefonów komórkowych Amerykanie czują się co najmniej tak samo, jak przeciętny Europejczyk z bloku wschodniego stojący w przeciętnej kolejce po cokolwiek w tzw. minionym okresie.
Paranoja? Z pewnością. Obrazki z tych wydarzeń mogłyby stanowić konkurencję dla najlepszych sitcomów w rodzaju "Przyjaciół", a sceny kontroli zapisów w zeszycie kolejkowym mroziłyby krew w żyłach na równi z najlepszymi momentami "Rodziny Soprano". Tylko dialogi odbiegałyby zapewne znacząco od tych z filmowych scenariuszy, wygładzonych dla potrzeb telewizji. To, oczywiście, nie jest science fiction. Tak właśnie przebiegała pierwsza część prywatyzacji największego polskiego banku...
Ostatnie wydarzenia przed oddziałami PKO BP mają także dla Polaków silny walor edukacyjny. Młode pokolenie może bowiem zobaczyć, jak to drzewiej bywało. Kolejki po pralki, lodówki albo zwykły papier toaletowy (towar niesłychanie poszukiwany w czasach socjalistycznego rozkwitu naszej ojczyzny), zeszyty kolejkowe, płatni "stacze" (często emeryci i renciści), to obrazy i pojęcia dzisiaj abstrakcyjne. A przecież tak właśnie było. Sam pamiętam 49 godzin w samochodzie z tatą pod stacją benzynową. Czekaliśmy cierpliwie na "żółtą" (czyli etylinę 94). Jako uczeń szkoły podstawowej mogłem więc poznawać teorię ekonomii, a dokładnie sytuację, w której popyt jest większy od podaży. Dzisiaj młodzi ludzie nie mają tej szansy, no, chyba że akurat rywalizują o tę samą dziewczynę albo o tego samego chłopaka. Z tym, że w tym przypadku pojęcie podaży ma zupełnie inny wymiar...
Żeby nie było wątpliwości - sam pomysł lokaty prywatyzacyjnej jest świetny. Na pewno to próba dotarcia do ludzi (spora część społeczeństwa), którzy normalnie długo jeszcze nie mogliby lub nie chcieliby stać się kapitalistami. Niestety, wykonanie tego pomysłu nie było należycie przemyślane. Wystarczyłoby choćby przeznaczyć na tę formę sprzedaży znacznie większą liczbę akcji. Całe szczęście, że w końcu minister skarbu podjął taką decyzję. Lepiej późno, niż wcale. No i ta konieczność wpłat gotówkowych... Nigdy się nie dowiemy, ile pieniędzy w ten sposób wyprano i ile "zginęło" gdzieś po drodze do oddziałów banku. No cóż, kapitalizm po polsku.