Sam już nie wiem, czy sesje nazywać dziwnymi czy nudnymi? O nudzie świadczą bardzo niskie obroty i znikoma zmienność. Wprawdzie, jeśli patrzeć tylko na suche liczby podsumowujące notowania, to nie jest jeszcze tak tragicznie. Ale należy uwzględnić, że ponad połowa obrotu generowana jest teraz umówionymi transakcjami na dużych spółkach, a ekstrema wyznaczają spekulacyjne wyskoki.
To właśnie te sztuczne wyskoki każą nazywać rynek dziwnym. Któryś z większych inwestorów stara się wywołać falę wzrostową i wszelkimi, tradycyjnymi już, sprytnymi sposobami daje rynkowi impulsy do wzrostu. Wyciąganie na zamknięcia czy wybicie rynku w górę zsynchronizowanymi transakcjami na największych spółkach, to są wszystko zabiegi, które mają doprowadzić do nakarmienia mniejszych inwestorów trefnym towarem. Na pewno nie chodzi tutaj o kupno akcji w oczekiwaniu na dłuższy trend wzrostowy. Dylemat jednak zawsze temu towarzyszący to pytanie, na jakim ma być to poziomie? Czasami taki spekulacyjny wyskok wart jest grzechu.
Może nawet bym się do tego skłaniał, gdyby nie kolejny wynik ankiety Investors Intelligence. Na wstępie nieładnie przypomnę, że opisywany tutaj w połowie września optymizm wyrażany na amerykańskim rynku opcji niemal zbiegł się wtedy ze szczytem. Z kolei listopadową falę spadkową cały czas napędza optymizm wyrażany właśnie we wspomnianej ankiecie. A co nowego przestraszyło mnie w tym tygodniu? Z reguły po takich spadkach byki w końcu odpuszczają i dopiero widoczny w ankietach strach wyznacza dołek. Nic z tego - liczba byków wzrosła z 54,1% do 58,9% (!), czyli do szczytów z początku roku, a liczba niedźwiedzi spadła z 23,5% do 22,1%. Gdy rynek spada przy tak silnym wzroście optymizmu, nie zawróci trwale na północ bez przynajmniej krótkiej paniki.