Poza wszystkim, jednym z kryteriów oceny akcji jest struktura akcjonariatu. Przewaga instytucji pozwala przypuszczać, że będą one zainteresowane w podtrzymywaniu kursu. W przypadku WSiP okazało się, że ostateczny skład jest zupełnie przeciwny od tego, jak początkowo planowano - drobni mieli kupić 20% oferty.
Może ziarno prawdy jest w rynkowych pogłoskach, że instytucje wykorzystały fakt, że nie było ograniczeń co do liczby akcji, jakie może nabyć indywidualny inwestor (był limit na liczbę akcji w jednym zleceniu) i zapisywały się przez podstawione osoby, by skorzystać z dyskonta. Takie spekulacje wyeliminowałaby praktyka publikowania rezultatów book-buildingu.
"Zakładnik" Jacek Socha
Minister skarbu często podkreślał, że prywatyzacja PKO BP jest dobrą okazją do popularyzowania giełdy wśród społeczeństwa. Temu miałBardzo dobrym sposobem byłyby też zyski z inwestycji w PKO BP szerokiego grona osób. Minister Socha stał się swoistym "zakładnikiem". Jego obietnice, że drobni inwestorzy zarobią na tej prywatyzacji zostały w powszechnym odczuciu odebrane jako gwarancje zysku. Jeśli, nikomu tego nie życzą, coś pójdzie nie tak i debiut wypadnie w okolicy ceny emisyjnej, trudno będzie ministrowi uratować twarz.
Nie wątpiąc w dobre intencje Jacka Sochy, od lat związanego z rynkiem kapitałowym, trzeba zwrócić uwagę, że zgodnie z uchwałą Rady Ministrów z 4 czerwca 2002 r. (zarys strategii wobec banków z bezpośrednim i pośrednim udziałem Skarbu Państwa na tle sektora bankowego w Polsce), wśród celów sprzedaży akcji PKO BP nie ma wymienionego rozwoju i popularyzacji warszawskiej giełdy wśród społeczeństwa.
Minister skarbu mówił ostatnio o tym, że prawdopodobnie również w tym roku nie uda się zrealizować zaplanowanych w budżecie przychodów z prywatyzacji. Zabraknie zapewne kilkuset milionów złotych. Jednocześnie jesteśmy bombardowani informacjami o rekordowej wartości przyjętych zapisów czy to na akcje WSiP czy PKO BP. Zgodnie z prawem popytu i podaży im więcej kupujących tym łatwiej podnosić cenę. Ale J. Socha jest świadomy ograniczeń co do rzeczywistej konkurencji cenowej po stronie krajowych inwestorów instytucjonalnych. Jak sam mówił w wywiadzie udzielonym Reuterowi - "można ich policzyć na palcach dwóch rąk". Stąd konieczność włączenia w prywatyzację podmiotów zagranicznych. Swoją drogą, wśród partii domagających się sprzedawania państwowych firm za godziwe pieniądze i jednocześnie wykluczenia zagranicznych inwestorów z prywatyzacji, taka konstatacja powinna wywołać nutę refleksji.