Korupcja, afery, złodziejstwo, niejasne powiązania, pogrążanie się partii rządzącej - taki obraz Polski jawi się nam na pierwszych stronach gazet. Dzień bez jakiegoś nowego przejawu kompromitacji władzy, to dzień stracony. Właściwie osiągnęliśmy już stan, w którym brak informacji o przekrętach miłościwie nam panujących jest wydarzeniem sam w sobie. Niejasne powiązania ministrów (premiera?) z przedsiębiorcami, dziwne spotkania z agentami obcych wywiadów, łapówki, płatności za "wstawiennictwo" u polityków w formie mniej lub bardziej "wypasionych" merców, podsłuchy, tajne notatki, które z dnia na dzień stają się jawne (co jest nie do pomyślenia dla służb specjalnych, ale przeciętnym śmiertelnikom daje obraz wyczynów wybranych przez nich polityków) - to w obecnej Polsce normalka. Na tym tle niektóre "bananowe republiki" to oazy spokoju, praworządności i uczciwości. A jednak mimo tego wszystkiego indeksy giełdowe pną się w górę, inwestorzy kupują akcje oferowane w nowych emisjach, nie ma specjalnych problemów ze sprzedażą obligacji skarbowych, a złoty drożeje właściwie bez poważniejszych korekt. O co więc chodzi? Czyżby nagle zagranica przestała się przejmować sytuacją w Polsce?
Oczywiście nie. Ci, którzy tu się angażują, muszą obserwować, co się dzieje. Jest jednak kilka ważnych czynników, które zapewniają nam stabilność nie tylko rynków finansowych, ale także - a może przede wszystkim - całej gospodarki.
Po pierwsze i najważniejsze: jesteśmy w Unii Europejskiej. Sam ten fakt stawia nas w gronie państw powszechnie uznanych za bezpieczne dla dokonywania inwestycji. To właśnie dlatego na razie nikt nie wpada w panikę, widząc naszą sytuację polityczną, tym bardziej że lada moment czekają nas wybory. Na razie wszystko wskazuje na to, że siły, które odniosą w nich zwycięstwo, nie będą chciały nacjonalizować przemysłu, rozdawać rezerw walutowych albo wychodzić z Unii Europejskiej. Przekrętów większych raczej robić też nie będą, bo nie jest to już chyba fizycznie możliwe. Droga Białorusi nam nie grozi. Przynajmniej na razie nic na to nie wskazuje. Zamieszanie polityczne jest, owszem, ale z drugiej strony mamy parę krajów w Europie, które ostoją stabilności pod tym względem też nie są. Weźmy takie Włochy. Były czasy, kiedy nawet mieszkańcy tego kraju nie nadążali z opanowywaniem nazwisk kolejnych premierów i powszechnie zastanawiano się, kto ma więcej przychylnych sobie ministrów - któraś z partii rządzących, czy cosa nostra (jeśli nie miała ona wpływu na partię rządzącą...). Zresztą nawet obecny szef rządu ma sprawę w sądzie i nie wiadomo, czy nie zostanie skazany. Nie lepiej wygląda też np. Grecja, która zakpiła sobie otwarcie z najważniejszych instytucji europejskich, podając nieprawdziwe dane o budżecie. I robiła to nie raz, a nieścisłości, delikatnie mówiąc, do najmniejszych nie należały. No to w sumie na takim tle fatalnie nie wyglądamy...
Mówiąc na koniec całkiem poważnie. Jeśli mimo tego wszystkiego, co się w tej chwili w Polsce dzieje, sytuacja na rynkach jest dobra, powinniśmy się tylko cieszyć. Oznacza to bowiem, że traktuje się nas już tak, jak inne kraje europejskie. Jeśli fundamenty są dobre, a na razie są, to nie ma się czym przejmować. Postęp jest bardzo wyraźny. Możemy się w pełni czuć Europą. I oby tak dalej.